Aktualności

Z Widzewem w życiorysie: Zadyma w Buenos Aires i pojedynek z van Bastenem

Tym razem w naszym "prześwietleniu" widzewskich życiorysów zapraszamy na rozmowę z jednym z czołowych piłkarzy Widzewa Łódź drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku - obrońcą Kazimierzem Przybysiem.

Jako Widzewiak Kazimierz Przybyś (na zdjęciu pierwszy z prawej) rozegrał blisko 150 meczów w ekstraklasie oraz 15 spotkań w reprezentacji Polski, w której barwach między innymi dwa razy wystąpił podczas mundialu w Meksyku w 1986 roku.

Kamil Wójkowski: Niezły musiał być z pana awanturnik, skoro w tym słynnym meczu reprezentacji Polski z zespołem River Plate w Buenos Aires uderzył pan w twarz słynnego Enzo Francescoliego?

Kazimierz Przybyś: - Nic takiego nie miało miejsca. Dużo było w tym prowokacji ze strony Francescoliego, a swoje też dołożył sędzia, który był miejscowy. Francescoli, który był dobrym napastnikiem, ale też takim boiskowym cwaniakiem, nie radził sobie ze mną i szukał na mnie sposobu.

No i znalazł...

- Tak, bo przez większość spotkania szarpał mnie, kopał i pluł na mnie. Wiadomo, jak to jest na boisku w czasie meczu. Przez jakiś czas znosiłem te jego zaczepki, ale potem nie wytrzymałem i po kolejnej jego prowokacji ruszyłem do niego, żeby mu coś powiedzieć. Ale bezpośredniego kontaktu nie było i go nie uderzyłem. Francescoli wyczuł moment i teatralnie upadł na murawę. Podbiegł sędzia i pokazał mi czerwoną kartkę.

Wtedy była 75. minuta meczu i prowadziliście 4:2. Skończyło się jednak wynikiem 5:4 dla River Plate.

- Po moim zejściu z boiska zaczęły dziać się cuda. Minutę później czerwone kartki otrzymali Andrzej Zgutczyński i Jorge Borelli. Na boisku zrobiło się trochę miejsca, bo graliśmy w dziewięciu na dziesięciu. Wcześniej to my dyktowaliśmy warunki. Darek Dziekanowski strzelił dwa gole, a jednego mój kolega z Widzewa - Roman Wójcicki. W ostatnich dziesięciu minutach to rywale zdobywali bramki.

I to jakie! Ponoć ten mecz, nieco zapomniany w Polsce, w Argentynie uchodzi za jeden z legendarnych w wykonaniu drużyny River Plate?

- To było dramatyczne widowisko, na którego koniec Francescoli popisał się pięknym uderzeniem z przewrotki i wygrali z nami 5:4. Dla ich kibiców to na pewno było wydarzenie, bo przecież w takich okolicznościach pokonali trzecią wtedy reprezentację świata.

Działo się to na początku 1986 roku, gdy reprezentacja Polski szykowała się do udziału w finałach mistrzostw świata w Meksyku. Pan do narodowej drużyny trafił dosłownie siedem miesięcy wcześniej i od razu w debiucie zaliczył poważny egzamin w meczu eliminacji MŚ z Grecją na wyjeździe.

- Wtedy reprezentacja była w trudnej sytuacji. Eliminacje do mistrzostw świata zaczęliśmy słabo i dużo osób sądziło, że szansa jest stracona, bo mieliśmy przed sobą wyjazdowe mecze z Grecją i Albanią, a na koniec najmocniejszą Belgię u siebie. Miałem takie odczucie, że trafiłem wtedy do reprezentacji, bo były naciski w prasie ze strony dziennikarzy i ekspertów, że powinny być zmiany w składzie. Wskazywano między innymi na mnie, jako kandydata do gry. Trener Antoni Piechniczek musiał podjąć ryzyko.

Był stres przed pierwszym występem w meczu z Grekami?

- Może to kogoś zdziwić, ale nie czułem się spięty przed tym spotkaniem. Dobrze się czułem i pewnie, bo na środku obrony miałem zagrać z moim kompanem z drużyny Widzewa - Romkiem Wójcickim. Dobrze się z nim rozumiałem na boisku podczas gry w Widzewie i podobnie było w reprezentacji. Poza boiskiem kolegowałem się z nim.

To prawda, że zagrał pan w miejsce nieobecnego Władysława Żmudy, wtedy już byłego obrońcy Widzewa Łódź?

- Tak, miałem go zastąpić na boisku. W tym meczu zagrało nas wtedy czterech z Widzewa, bo oprócz mnie i Wójcickiego jeszcze Dziekanowski i Smolarek.

...i dwaj ostatni strzelili po golu, a wynik otworzył właśnie Smolarek.

- Mam tak, że kolegów z drużyny Widzewa pamiętam z konkretnych, boiskowych sytuacji. I w przypadku Włodka to jest właśnie jego akcja na stadionie w Atenach. To był cały Smolarek. Przedarł się, potrafił zawalczyć o piłkę i mocno stał na nogach, mimo że Grecy próbowali go powstrzymać. No i był skuteczny.

Kilkanaście dni później zagraliście kolejny ważny mecz, z Albanią w Tiranie, i wygraliście po golu Zbigniewa Bońka, który przyleciał prosto po pamiętnym finale Pucharu Mistrzów Juventus - Liverpool. Było widać po nim to, co wydarzyło się na stadionie Heysel?

- Widać było po nim przygnębienie, bo widział bezpośrednio te tragiczne wydarzenia, ale na boisku swoją pracę zrobił. Zdobył bramkę i wygraliśmy bardzo ważny mecz.

Na koniec eliminacji zagraliście z Belgią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Żeby awansować, nie mogliście przegrać. Kogo pan miał pilnować w słynnej drużynie Czerwonych Diabłów?

- To był Eddy Voordeckers. Taki nieprzewidywalny i sprytny napastnik. Nie strzelił nam gola, podobnie jak jego koledzy z zespołu, ale dla nas to był najtrudniejszy mecz w eliminacjach do mundialu. Nie stworzyliśmy za dużo sytuacji pod bramką Belgów, ale oni też ich za wiele nie mieli. Ostatecznie to my awansowaliśmy bezpośrednio, a Belgia dopiero po barażach, ale to nic nie znaczyło. Przecież oni potem w Meksyku zaszli o wiele dalej niż my, bo aż do półfinałów.

Zdjęcie nr 2: Selekcjoner Antoni Piechniczek (z prawej) najpierw postawił na Kazimierza Przybysia w kluczowych meczach eliminacji mistrzostw świata 1986. Jednak w finałowym turnieju obrońca Widzewa już nie był podstawowym zawodnikiem kadry narodowej...

Na mundial do Meksyku pojechał pan jako jeden z trójki Widzewiaków. Był pan pewny powołania i wyjazdu?

- Liczyłem na to, że pojadę. Zagrałem przecież w tych trzech ostatnich meczach eliminacji, w których straciliśmy tylko jedną bramkę. Zdecydowało jednak moim zdaniem coś innego. Byłem wszechstronnym zawodnikiem, bo mogłem zagrać na lewej obronie, w środku i na prawej. A zdarzało się, że trener Piechniczek wystawił mnie też na prawej pomocy. Tak było w towarzyskim meczu z Turcją. Wszechstronność w grze piłkarza to pole manewru dla trenera.

Jednak pańska gra podczas mundialu w Meksyku to dziwny przypadek. Zaczęło się od tego, że w pierwszym spotkaniu z Maroko nie wyszedł pan w pierwszym składzie.

- Dla mnie to był dziwny skład jeśli chodzi o ten mecz. Jak coś dobrze funkcjonuje w zespole, to się przy nim nie majstruje. Za dużo roszad wtedy było. Wszedłem po przerwie za Darka Kubickiego, który grał trochę chaotycznie. Ale to nie była środkowa obrona, tylko jej prawa strona.

Ostatecznie zremisowaliście 0:0, ale na kolejne mecze grupowe z Portugalią i Anglią selekcjoner Antoni Piechniczek znowu zmienił skład w obronie. Tym razem na prawej stronie zagrał Krzysztof Pawlak.

- Wtedy panowała dziwna sytuacja w kadrze narodowej, która mi się nie podobała. Podczas pobytu w Meksyku była izolacja nas piłkarzy od sztabu i trenera Piechniczka. Jako zawodnik nie wiedziałem jak wygląda moja sytuacja i czy na pewno wyjdę w pierwszym składzie, czy na przykład w ogóle nie zagram. Dopiero jak na treningach był podział na zawodników, którzy ćwiczyli z trenerem Piechniczkiem lub w drugiej grupie z jego asystentem, Bernardem Blautem, to można było się domyśleć, co cię czekało. Przez to nie było mobilizacji u części piłkarzy, bo wiedzieliśmy, że jak mamy zajęcia z trenerem Blautem, to nawet nie wstaniemy z ławki w meczu jako rezerwowi. Wiem, że trener Blaut był mocno za mną, ale o wszystkim ostatecznie decydował trener Piechniczek.

Z Portugalią wygraliśmy 1:0 po golu Smolarka, ale już Anglicy wpakowali nam 3 bramki. Konkretnie Gary Lineker.

- Tego drugiego meczu najbardziej żałuję, bo czułem swoją wartość. Gdy grałem jako obrońca, miałem w meczach w lidze, pucharach czy reprezentacji do indywidualnego krycia wielu dobrych napastników i żaden z nich nie strzelił trzech goli w jednym spotkaniu.

Mimo tej porażki Polska wyszła z grupy i o ćwierćfinał grała z Brazylią. Pan po raz pierwszy na mundialu w Meksyku wyszedł w pierwszym składzie, ale już w 60. minucie został zmieniony przez Jana Furtoka.

- Wtedy przegrywaliśmy już 0:2 i widać było, że jest po meczu. Więc doszło do takiej zmiany, żeby Janek zaliczył występ w finałach mistrzostw świata. Pod koniec wszedł jeszcze Władek Żmuda i zaliczył występ na czwartym mundialu.

Ale wcześniej trochę postraszyliście Brazylijczyków...

- Do przerwy, a może dokładniej do straty gola z problematycznego karnego, graliśmy bardzo dobry mecz. Rysiek Tarasiewicz trafił przecież w słupek. Był też strzał Janka Karasia w poprzeczkę... ale to by było za dużo szczęścia dla nas. Ja na to wszystko inaczej patrzyłem.

Czy selekcjoner Antoni Piechniczek miał wtedy wszystko pod kontrolą?

- Jako piłkarz miałem odczucie, zresztą nie tylko ja, że był brak kontaktu między zawodnikami i trenerami. Rozmów było niewiele, jedynie odprawa przed konkretnym meczem. W efekcie człowiek nie wiedział dlaczego nie gra. Nie było żadnych wyjaśnień takich, a nie innych decyzji kadrowych. Moim zdaniem w takich przypadkach potrzebna jest świadomość sytuacji. Miałem doświadczenie pracy z trenerami, którzy potrafili takie sprawy omówić z drużyną i było dobrze.

Po mundialu w Meksyku trener Piechniczek pożegnał się z reprezentacją. Jednak u jego następcy, Wojciecha Łazarka, za wiele pan nie pograł.

- To było tylko kilka występów, a w swoim ostatnim meczu zagrałem w Zabrzu z Holandią na koniec eliminacji mistrzostw Europy. Przegraliśmy 0:2.

Po dwóch golach słynnego Ruuda Gullita. To pan miał go kryć na boisku?

- Jego pilnował Waldek Prusik ze Śląska Wrocław. Mnie przypadł do indywidualnego pilnowania Marco van Basten.

Czyli jeden z najsłynniejszych i najlepszych napastników w historii światowej piłki. Można powiedzieć, że Kazimierz Przybyś go skutecznie powstrzymał w tym meczu?

- Niewiele brakowało, żeby mnie jednak przechytrzył. Była taka sytuacja w narożniku pola karnego, że zostałem ja i dwóch Holendrów, w tym van Basten. Odskoczyłem do niego i van Basten zauważył, że próbuję ratować sytuację wślizgiem. Zrobił zamach z piłką pod siebie, ale końcem buta udało mi się wybić mu piłkę. Bo inaczej byłby w sytuacji sam na sam i pewnie strzeliłby gola. To był jeden z najlepszych piłkarzy, przeciwko którym grałem. Widać było w jego grze spokój i takie cwaniactwo typowe dla dobrego napastnika. Tamta reprezentacja Holandii to był najlepszy zespół z jakim grałem. Tak operowali piłką, że nie dali nam pograć. Do tego technicznie byli bardzo dobrzy.

Do reprezentacji Polski trafił pan jako wyróżniający się piłkarz ekstraklasy w barwach Widzewa Łódź. I to wkrótce po tym, jak przeszedł do drużyny RTS-u ze Śląska Wrocław. To był planowany transfer?

- Zacznijmy od tego, że do Śląska przyszedłem z Broni Radom jako zawodnik powołany do wojska. Grałem tam od 1983 roku i nie miałem sygnałów, żeby interesował się mną Widzew lub inny klub. Rok później, po zakończeniu rundy jesiennej 1984 roku, siedziałem z kolegami z zespołu Śląska w szatni, a wśród nich był Andrzej Kretek, bramkarz znany kibicom Widzewa. Zaczął wtedy żartować, że pewnie niedługo pójdę do jakiejś porządnej, mocnej drużyny. Nie potraktowałem tego poważnie, ale pewnie już wtedy ktoś się z nim kontaktował z Łodzi, bo przecież Andrzej pochodził z Pabianic. To był chyba trener Andrzej Włodarek, który obserwował i szukał zawodników do Widzewa.

Potem do akcji wkroczył legendarny kierownik Stefan Wroński?

- Tak, chociaż było przy tym trochę śmiesznych pomyłek, bo pan Stefan przyjechał w tajemnicy do Wrocławia porozmawiać ze mną. Mnie akurat nie było w domu, a on pomylił mieszkania i myślał, że mnie nie zastał. Nie znaliśmy się, więc minąłem go na schodach w bloku. Dopiero po jakimś czasie zadzwonił do mnie i doszło do spotkania.

Ile jest prawdy w tym, że duży wpływ na pana transfer do Widzewa miała... żona?

- Tak było w rzeczywistości, bo oboje pochodziliśmy z Radomia i moja żona chciała być bliżej rodzinnych stron. A z Łodzi do Radomia jest o wiele bliżej niż z Wrocławia, więc nam obojgu moje przenosiny do Widzewa pasowały.

W łódzkiej drużynie miał pan zagrać od razu w pierwszym składzie w pierwszym meczu rundy wiosennej 1985 ze... Śląskiem Wrocław. Jednak ostatecznie nie wybiegł pan na boisko.

- Prezes Ludwik Sobolewski zawarł taką niepisaną umowę z działaczami Śląska, że nie zagram w tym spotkaniu. Jednak nie poinformował o tym wcześniej trenera Waligóry, który ogłosił skład na mecz ze mną w pierwszej jedenastce. Ubrałem koszulkę i byłem na rozgrzewce na sali przy stadionie, gdy nagle przyszedł prezes Sobolewski i powiedział trenerowi, że nie mogę grać.

W tym spotkaniu pan nie zagrał, ale od następnego z miejsca został podstawowym obrońcą zespołu Widzewa. Trener Bronisław Waligóra był tak pana pewny?

- Wcześniej dobrze prezentowałem się w Śląsku, gdzie było dużo młodych zawodników jak ja. To byli między innymi Ryszard Tarasiewicz, Waldemar Prusik i Mirosław Pękala. To był wtedy taki zespół, w którym akceptowali każdego kto był potrzebny na boisku i grał solidnie. Dzięki temu nabrałem doświadczenia i zacząłem być w lidze znany z tego, że bardzo trudno było mnie przejść. Jako obrońca byłem dobry w odbiorze piłki. Słabiej wypadałem w ofensywie. Trener Waligóra preferował indywidualne krycie i do tej taktyki mu pasowałem, bo zawsze przydzielał mi zadanie pilnowania czołowych napastników rywali. Jak na przykład Krzyśka Warzychy z Ruchu, czy Mirosława Okońskiego z Lecha.

Który z ligowych rywali podczas gry w Widzewie sprawiał panu najwięcej kłopotów?

- Janek Furtok z GKS-u Katowice to był trudny dla mnie zawodnik. Taki boiskowy konspirator. Niby gra, a nagle stanął na boisku i czeka... aż nagle z całą mocą próbuje ci się urwać i biegnie na bramkę. Na Okońskiego z Lecha też się czasami trudno grało przy tych jego zwodach lewą nogą.

A na kogo miał pan sposób w lidze?

- Z Darkiem Dziekanowskim sobie często dobrze radziłem, jak już poszedł z Widzewa do Legii. Miał talent w nogach, dobry zwód i technikę, ale brakowało mu szybkości i dynamiki. Nie miał tego "odejścia" na boisku i dzięki temu można było go skutecznie powstrzymać.

Zdjęcie nr 3: Drużyna Widzewa Łódź przed finałem Pucharu Polski 1985. Kazimierz Przybyś stoi czwarty od prawej

Gdy jeszcze graliście z Dariuszem Dziekanowskim w jednej drużynie w Widzewie, razem z kolegami sięgnęliście po Puchar Polski w 1985 roku. W finale graliście z GKS Katowice.

- To nie był najlepszy mecz w wykonaniu obu drużyn. Był wyrównany, ale my jak na Widzew graliśmy słabo. Było takie rwane granie z obu stron, bez sytuacji bramkowych. Do tego doszła sytuacja w samym zespole Widzewa, gdzie piłkarze byli skłóceni. Był konflikt na linii młodzi - starzy na tle finansowym. Panowały niesnaski w zespole, ale na szczęście w finale wygraną w rzutach karnych załatwił nam bramkarz Henryk Bolesta.

Aż tak źle było w zespole mimo awansu do finału Pucharu Polski?

- W klubie zaczęło się wtedy trochę psuć, a do tego w przedostatniej kolejce ekstraklasy, gdy jeszcze mieliśmy szansę na mistrzowski tytuł, w ostatniej minucie straciliśmy zwycięstwo na wyjeździe z Motorem Lublin. W grze o tytuł pozostała Legia i Górnik Zabrze, z którym graliśmy w ostatniej kolejce sezonu u siebie. Prezesi chcieli porozumieć się z Legią, żeby zabrzanie nie zdobyli mistrzostwa. Za to piłkarze nie chcieli, żeby legioniści wygrali ligę. Bardziej sympatyzowali z zawodnikami Górnika. Do przerwy pokazaliśmy klasę, bo zabrzanie nie mieli wiele do powiedzenia i prowadziliśmy po golu Jerzego Leszczyka. W drugiej połowie to Górnik strzelił dwie bramki i został mistrzem Polski.

Wtedy zespół Widzewa prowadził trener Bronisław Waligóra. Potem drużynę przejął Orest Lenczyk. To byli szkoleniowcy, z którymi pan współpracował najdłużej w okresie gry w Widzewie. To naprawdę były przeciwstawne charaktery?

- To były zupełnie inne osobowości. Jako piłkarz wolałem trenera Lenczyka, bo był fachowcem w tym, co robi i ceniłem go za trenerski warsztat i podejście do szkolenia zawodników. Jednocześnie miał też trudny charakter, który nie ułatwiał porozumienia z piłkarzami. Gdy odchodził z klubu latem 1988 roku, prezesi koniecznie chcieli z nim przedłużyć umowę, ale zawodnicy już nie wyobrażali sobie dalszej współpracy z Orestem Lenczykiem.

Aż tak trudno było się z nim porozumieć?

- Podam taki humorystyczny przykład, ale ta historia naprawdę miała miejsce. W jeden z letnich, upalnych dni skończyliśmy trening i trener Lenczyk nagle nam zakomunikował: "Jeśli jutro po południu będzie słońce, to przychodzimy na trening na godzinę 18, a jak będzie pochmurnie to na 17". Byliśmy mocno zdziwieni tym, co powiedział trener, ale przyjęliśmy to do wiadomości. Wtedy mieszkałem przy ulicy Adwentowicza, niedaleko stadionu Widzewa, więc na trening miałem blisko. Po godzinie 16 wyglądamy z żoną przez okno i widzę, że jest ładna, słoneczna pogoda, więc postanowiłem przyjść na trening na godzinę 18. Przychodzę na stadion, a tam okazało się, że większość zawodników przyszła już na 17. Dostałem wtedy "ochrzan" od trenera Lenczyka za to, że spóźniłem się na trening.

Trener Orest Lenczyk odszedł i zaczęły się zmiany kolejnych trenerów, zakończone wiosną 1990 roku spadkiem Widzewa Łódź z ekstraklasy. Co wtedy nie zadziałało, bo przecież nie mieliście aż tak słabego składu żeby spaść z ligi?

- Nie było wtedy zespołu, tylko grupa pojedynczych zawodników. Nazwiska w drużynie były, ale były również nietrafione transfery, jak na przykład w przypadku Jacka Bayera, Jarosława Michalewicza czy Grzegorza Waliczka. To nie byli słabi piłkarze, ale nie pasowali do tej drużyny. Do tego doszły nieuregulowane zobowiązania finansowe wobec zawodników. Działacze Widzewa próbowali coś zrobić, bo chyba trzy razy zmieniali trenera, ale w zespole nie było widać mobilizacji, agresji na boisku i chęci walki.

Pan wtedy nie dograł tego ostatniego sezonu w Widzewie do końca...

- Nie dokończyłem sezonu, bo już w obliczu spadku zaczęły się czystki w drużynie, a ja nie nadawałem się do gry. Wcześniej doznałem poważnej kontuzji w postaci wyrwania prawego stawu barkowego. To było w meczu z Lechem Poznań jeszcze w 1988 roku. Wtedy do klubu wrócił trener Waligóra i chciał, żebym jak najszybciej zaczął z powrotem grać. Wróciłem na boisko, ale ten uraz się odzywał i z tego powodu nie dograłem ostatniego sezonu w Widzewie. Zresztą do dzisiaj odczuwam tą kontuzję.

Po odejściu z Widzewa w połowie 1990 roku niemal pan zniknął z polskiej ligi.

- Miałem długą przerwę w grze z powodu tej kontuzji, a nawet postanowiłem zakończyć piłkarską karierę. Do tego byłem przygnębiony po spadku Widzewa z ekstraklasy. Miałem wprawdzie 29 lat, ale byłem tym wszystkim zmęczony.

Jednak jeszcze pan zagrał we Włókniarzu Pabianice?

- Wtedy Włókniarza prowadził znany mi trener Andrzej Włodarek i zaczął mnie namawiać, żebym dołączył do jego zespołu. Nie chciałem, bo długo nie trenowałem. Ostatecznie przyszedłem w trakcie rozgrywek, ale nie udało nam się awansować do wyższej ligi i zakończyłem przygodę z piłką.

Przygodę, która w pana przypadku rozpoczęła się w rodzinnym Radomiu. Czy to prawda, że trener Grzegorz Polakow podczas pracy z zespołem Broni Radom przestawił pana z gry w pomocy na grę w obronie?

- Bardzo dobrze go wspominam. On mnie "wynalazł" jako piłkarza. Od trenera Polakowa nauczyłem się najwięcej, jeśli chodzi o zasady gry i sposób grania. Do tego stawiał na mnie i już w wieku 16 lat trafiłem do pierwszego zespołu Broni. W tej pracy z młodymi piłkarzami pomagał mu jego asystent - Mieczysław Wiktor, postać znana m.in. z tego, że jako jeden z pierwszych trenerów stosował akupunkturę w leczeniu polskich sportowców. Kiedyś jako młody zawodnik Broni wraz z kilkoma zawodnikami miałem popołudniu indywidualne treningi długich podań z trenerem Wiktorem. Na zajęciach był też Grzegorz Polakow, który niczym szpieg przyczaił się na trybunie ubrany w czarny płaszcz i kapelusz. Nagle widzimy, jak zrywa się z ławki i krzyczy do swojego asystenta: "Mietek, k....a, co oni robią?!" Zdjął kapelusz i płaszcz, przeskoczył barierki, wbiegł na boisko i zaczął nam wszystko tłumaczyć i pokazywać. Taki był z niego trener.

Czyli na początku swojej piłkarskiej kariery trafił pan na właściwego trenera?

- Nie tylko na niego. Żeby coś osiągnąć w jakiejkolwiek dziedzinie sportu, trzeba trafić na właściwych ludzi i trafić do właściwego klubu. W piłce dużo zależy od trenera, ale nie tylko. Kibicom Widzewa to nazwisko nic nie powie, ale gdy wchodziłem do zespołu Broni jako młody zawodnik, autorytetem w drużynie był Ryszard Szych. Bardzo dobry środkowy obrońca, który posiadał idealny charakter dla młodych piłkarzy. Był dla nich dostępny, koleżeński, a ponadto podpowiadał i motywował w trudnych momentach. Jak na starszego piłkarza to był wyjątkowy w tamtych czasach.

Wspominał pan o zespole Broni, ale teraz w rodzinnym mieście więcej znaczy Radomiak, jeden z rywali Widzewa Łódź w Fortuna 1 lidze. Czy ten zespół wywalczy wreszcie awans do ekstraklasy?

- W Radomiaku mają duże ambicje i ich aspiracje rosną. Tylko czy po raz kolejny czegoś nie zabraknie w decydującej rundzie? Bo wcześniej mieli ten sam problem. Pierwszą rundę ligi grali dobrze, a drugą mieli już słabszą. Nawet jeśli Radomiak wywalczyłby awans do ekstraklasy, to nie ma solidnego zaplecza i mocnych sponsorów.

A co pan sądzi o obecnej drużynie Widzewa?

- Przyznam, że oglądałem jesienią tylko kilka meczów Widzewa. Drużyna grała przeciętnie, ale zdecydowanie nie podobał mi się Henrik Ojamaa i jego sposób gry. To był cień zawodnika sprzed kilku lat i nie pasował mi do tego zespołu. Słyszałem, że Widzew z nim się rozstał, więc coś musiało być na rzeczy. A klubowi życzę oczywiście jak najlepiej, bo miejsce Widzewa Łódź jest w ekstraklasie. Podobnie jak na przykład Ruchu Chorzów, który gra teraz gdzieś w niższych ligach.

Biogram:

Kazimierz Przybyś

data urodzenia: 11 lipca 1960 roku

pozycja na boisku: obrońca

lata gry w Widzewie: 1985-1990

liczba meczów i goli w Widzewie: 146/1 (ekstraklasa), 14/0 (Puchar Polski), 2/0 (Puchar Zdobywców Pucharów), 4/0 (Puchar UEFA), 3/0 (Puchar Intertoto)

liczba meczów i goli w reprezentacji Polski: 15/0 (wszystkie w barwach Widzewa)

sukcesy z Widzewem: Puchar Polski (1985), 3. miejsce w ekstraklasie (1985, 1986)


Sponsor strategiczny Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Sandecja Nowy Sącz - Widzew Łódź 17.04.2021

Sandecja Nowy Sącz - Widzew Łódź 17.04.2021

Tabela rozgrywek

4 ŁKS Łódź 43
5 GKS Tychy 41
6 Arka Gdynia 39
7 Widzew Łódź 35
8 Puszcza Niepołomice 34
9 Miedź Legnica 33
10 Odra Opole 33
Pełna tabela