Aktualności

Widzew zawsze zasługuje na szacunek - rozmowa z Mariusem Baciu

Dwadzieścia lat wstecz wspomnieniami do fazy grupowej Ligi Mistrzów cofnął się Marius Baciu, ówczesny obrońca Steauy Bukareszt.

O pamiętnej rywalizacji w grupie z Atletico Madryt, Borussią Dortmund i Widzewem Łódź w sezonie 1996/1997, a także na wiele innych tematów, były rumuński piłkarz (a obecnie trener) porozmawiał z redakcją "Łączy Nas Widzew".

***

Bartosz Koczorowicz: Minęło dwadzieścia lat od momentu, kiedy Widzew Łódź rywalizował ze Steauą Bukareszt w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Przez następne lata reprezentował pan wiele klubów z różnych europejskich krajów. Ostatnio próbował pan swoich sił jako trener, ale z końcem sezonu 2014/2015 ustąpił pan ze stanowiska szkoleniowca Concordii Chiajna (zespół gra w rumuńskiej Liga 1). Czym się pan zajmuje aktualnie?

Marius Baciu: Obecnie pracuję nad nowym projektem. Rozmawiam też z kilkoma zagranicznymi klubami. Mogę powiedzieć, że jestem także otwarty na oferty z Polski. Nie chcę jednak obecnie ujawniać czegokolwiek, ponieważ nic nie zostało jeszcze podpisane.

Wróćmy w takim razie do początków pana kariery - dla młodego zawodnika Gazu Metanu Medias rozpoczęcie profesjonalnej kariery w swoim macierzystym klubie wydawałoby się naturalną koleją rzeczy. Stało się inaczej - jako senior zadebiutował pan w zespole rywala z regionu, Interze Sibiu w sezonie 1992/1993.

- Wtedy Inter grał na najwyższym szczeblu rozgrywek w Rumunii. Tak naprawdę zagrałem tylko jeden mecz w przywołanym sezonie. Miałem 17 lat, kiedy oficjalnie zadebiutowałem w Liga 1. Naprawdę grać zacząłem jednak rok później w Gazie Metanie, który wówczas grał na drugim poziomie rozgrywek. To spowodowało moje ponowne przejście do Interu, w którym grałem przez następne kilka lat - aż do momentu, kiedy klub zaczął zmagać się z problemami finansowymi, które doprowadziły do spadku, a parę lat później także do zamknięcia.

Wspomniany spadek z Liga 1 miał miejsce w sezonie 1995/1996. Po jego zakończeniu, ówczesny mistrz Rumunii, Steaua Bukareszt, zgłosił zainteresowanie pana osobą. Ostatecznie zaowocowało to kontraktem na nowy sezon. To musiała być znacząca zmiana dla takiego młodego piłkarza, jakim wówczas pan był - od walki o utrzymanie w lidze do batalii o krajowe trofea oraz potyczki z silnymi europejskimi klubami.

- Steaua była wtedy głównie zainteresowana młodymi i utalentami piłkarzami, a ja wtedy byłem reprezentantem Rumunii do lat 21. Prawdopodobnie to było powodem, dlaczego znalazłem się w tym klubie. Inter nie miał złego zespołu, ale z powodu wspomnianych kłopotów finansowych zdecydowałem się zaakceptować ofertę, którą otrzymałem. Steaua była wówczas najlepszym zespołem, dlatego uważam, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłem wtedy podjąć. Klub był zarządzany przez armię, podczas gdy główny rywal w Bukareszcie, Dinamo, był pod kontrolą policji. Z formalnego punktu widzenia byłem policjantem, ale nikt nie stwarzał problemów przy moim transferze. Ostateczna decyzja należała do mnie.

Czuł pan presję z powodu sytuacji, w jakiej pan się znalazł? Oczekiwania wzrosły skokowo w bardzo krótkim przedziale czasowym.

- Ani przez moment. Zawsze chciałem grać wśród najlepszych. Traktowałem tę sytuację jako wielkie wyzwanie, ale także jako ogromną szansę. Kiedy przyszedłem do Steauy, to Anton Dobos, który wówczas na mojej pozycji był pierwszą opcją w składzie, zdecydował się na odejście (do AEK Ateny - przyp. red.). To było dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza że grałem już przecież jako młodzieżowiec na poziomie międzynarodowym. Po swoim pierwszym meczu, w którym przeciwnikiem był Club Brugge w eliminacjach do Ligi Mistrzów (było to spotkanie rewanżowe w Bukareszcie, wygrane przez Steauę 3:0 - przyp. red.), udało mi się wskoczyć do pierwszego składu. W ciągu sześciu lat gry w barwach Steauy, wydaje mi się, że nie opuściłem więcej niż 10 spotkań, kiedy to albo siedziałem na ławce, albo byłem kontuzjowany. Za to pamiętam, że byłem zawieszony w wyjazdowym meczu z Widzewem w Lidze Mistrzów.

Jak już pan wspomniał, na drodze do fazy grupowej Ligi Mistrzów, stanął wam w eliminacjach mistrz Belgii. Pokonaliście w dwumeczu Club Brugge (2:2 w Brugii i 3:0 w Bukareszcie). Mieliście jakieś specjalne życzenia przed losowaniem, na kogo trafić w grupie?

- Nie, nie mieliśmy. Wszystkie zespoły w tej fazie turnieju były mocne, wliczając oczywiście Widzew. Wielu zawodników opuściło Steauę przed rozpoczęciem tamtego sezonu. To była szansa dla takich młodych piłkarzy, jak ja, ponieważ zajęli oni miejsca tych, którzy odeszli. Na pewno Atletico Madryt było największym faworytem grupy w naszych oczach. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się, z kim przyjdzie się nam mierzyć, powiedzieliśmy sobie, że nie mamy nic do stracenia. Przyznam, że nie wiedzieliśmy zbyt wiele o Widzewie. Jednakże, od samego początku traktowaliśmy wszystkich przeciwników w grupie równo.

Zanotowaliście pechowy początek w tej fazie. W 28. minucie meczu z Atletico w Madrycie zobaczył pan czerwoną kartkę. Steaua przegrała pierwsze spotkanie aż 0:4 i po pierwszej kolejce wylądowała na ostatnim miejscu w grupie.

- Ale to było najlepsze 28 minut, jakie rozegrałem w Steaule! Po tym meczu otrzymałem nawet ofertę od Fabio Capello (trener Realu Madryt w sezonie 1996/1997 - przyp.red.). Zanim zostałem odesłany do szatni, na tablicy wyników w Madrycie było 0:0. Po czerwonej kartce byliśmy za słabi, żeby efektywnie obronić się w „dziesiątkę”.

Oczywiście musiał pan też pauzować w następnej kolejce, w której mierzyliście się u siebie z Borussią Dortmund. Steaua przegrała również i to spotkanie - 0:3. Kiedy pana nie było na boisku, ówczesny mistrz Rumunii stracił aż dziewięć goli (cztery z Atletico Madryt, trzy gole z Borussią Dortmund oraz dwa z Widzewem Łódź). To jest ponad połowa wszystkich wpuszczonych bramek Steauy w fazie grupowej!

- Podchodząc do tego indywidualnie, to była dla mnie świetna sytuacja. Moja reputacja rosła. To samo zauważyła też rumuńska prasa, która pisała artykuły na ten temat. W każdym razie, ze mną w składzie lub bez, Borussia Dortmund była wciąż dla nas zbyt silna, w mojej opinii.

Na pewno żałował pan tego, że nie mógł pomóć swoim kolegom, siedząc na ławce. Nie miał pan żadnego wpływu na wynik, a zespół właśnie wtedy potrzebował pana najbardziej.

- Oczywiście, że bardzo chciałem zagrać wtedy przeciwko mistrzom Niemiec. Borussia miała wtedy fantastyczny skład, zawierający piłkarzy, którzy jeszcze parę miesięcy wcześniej sięgali po tytuł mistrzów Europy. To byłaby dla mnie świetna okazja, żeby pokazać się w meczu z takim zespołem.

Pierwszy mecz rozegrany przez pana w pełnym wymiarze czasowym w fazie grupowej przypadł na trzecią kolejkę, kiedy to w Bukareszcie podejmowaliście Widzew Łódź. Ówcześni mistrzowie Polski z powodów kadrowych, oddelegowali na ten mecz 14 zawodników, z czego tylko jeden z nich mógł faktycznie kogoś zmienić. Dla Widzewa cel był jeden - przetrwać bez kontuzji.

- Pamiętam, że pomimo tych problemów była to drużyna bardzo ambitna i agresywna. Mieliśmy problemy, żeby strzelić im gola. Mecz w Bukareszcie był dla nas bardzo trudny, kiedy to nagle w jednej sytuacji na parę minut przed końcowym gwizdkiem piłka znalazła się w bramce. Jeden z obrońców Widzewa strzelił „samobója” (był to Daniel Bogusz - przyp. red.).

Wspomniał pan wcześniej, że w rewanżowym meczu w Łodzi nie miał pan okazji wystąpić z powodu żółtej kartki, jaką ujrzał pan w Bukareszcie. Widzew wziął rewanż na Steaule i wygrał 2:0. Ostatecznie reguła, o której już rozmawialiśmy, została potwierdzona. Kiedy Marius Baciu nie był w składzie, Steaua traciła wiele bramek. Zauważyły to inne kluby?

- Kiedy skończyliśmy udział w Lidze Mistrzów, to zacząłem otrzymywać coraz bardziej interesujące oferty z różnych krajów - Hiszpania, Włochy i Niemcy. Byłem jednak bardzo młodym piłkarzem, który dołączył co dopiero do nowego zespołu. Był to powód, dla którego Steaua nie chciała wtedy mnie puścić do innej drużyny.

Na koniec fazy grupowej zagraliście w Dortmundzie z Borussią, idąc na wymianę ciosów. Mistrz Niemiec wygrał 5:3,  a pan zdobył jedną z bramek dla drużyny gości.

- Wiedzieliśmy już, że nie wyjdziemy z grupy, więc nasze podejście do tego meczu było takie, żeby zakończyć tę przygodę dobrym występem. Było to łatwe, bo wtedy już naprawdę nie mieliśmy nic do stracenia.

Do dalszej fazy przeszły Atletico oraz Borussia. Który z tych dwóch zespołów był trudniejszym przeciwnikiem i dlaczego?

- To bardzo trudne porównać tamte zespoły. One reprezentowały dwa różne style. Gdyby rozpatrywać oba indywidualnie, Atletico miało w składzie rewelacyjnych piłkarzy, ale jako zespół nie byli tak mocni, jak Borussia. Ponadto, w mojej opinii, Borussia była wówczas lepsza od swojego głównego rywala w kraju, jakim był i jest Bayern Monachium.

Jak wygląda w takim razie sytuacja, jeżeli spojrzymy na zawodników we wszystkich zespołach? Przeciwko któremu z nich grało się najtrudniej, jeśli miałby pan wybrać spośród wszystkich drużyn tej grupy?

- To jeszcze trudniejsze pytanie, niż poprzednie, bo przecież, jak już mówiłem, w zespołach przeciwników było mnóstwo świetnych graczy. Ale jeśli naprawdę musiałbym wybrać tego jedynego, to byłby nim Julio Cesar. Jego gra najbardziej mi imponowała.


Strony: 1  2  


Liczba sprzedanych karnetów:

15310

Partner Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Trening 23.03.2017

Trening 23.03.2017

Tabela rozgrywek

1 ŁKS Łódź 47
2 Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie 42
3 Legia II Warszawa 36
4 Widzew Łódź 35
5 Lechia Tomaszów Mazowiecki 34
6 Pelikan Łowicz 32
7 Świt Nowy Dwór Mazowiecki 29
Pełna tabela