Aktualności

Piotr Szarpak: Mistrzem konkretnych przemówień był Maciej Szczęsny

Zamiast urodzinowego tortu mamy... urodzinowy wywiad z Piotrem Szarpakiem, który kończy dzisiaj 49 lat.

Z byłym piłkarzem Widzewa porozmawialiśmy nie tylko o jego pamiętnych golach w meczach z Legią, ale również o grze w krakowskim Hutniku i o tym, co kiedyś wydarzyło się pod blokiem Piotra Szarpaka, gdy wracał ze szkoły...

widzew.com: Pamięta pan jeszcze swój debiut w pierwszej drużynie Widzewa? Działo się to w marcu 1990 roku, czyli 30 lat temu.

Piotr Szarpak: Tak, pamiętam, to był mecz z Olimpią Poznań. Wyszedłem wtedy w pierwszym składzie, ale zagrałem tylko 45 minut. To było dla mnie wielkie przeżycie, jako dla młodego wtedy chłopaka. Najpierw był zimą udział w zgrupowaniu pierwszego zespołu w Spale. To był pierwszy raz, kiedy trenowałem z seniorami i było widać różnicę między mną a starszymi piłkarzami Widzewa. Chyba jednak musiałem nieźle wypaść i zadecydowała ta młodzieńcza werwa, że trener Paweł Kowalski wziął mnie do pierwszej drużyny.

Wcześniej był pan zawodnikiem Chojeńskiego Klubu Sportowego. Jakie były kulisy pańskiego przejścia do zespołu Widzewa.

- Najpierw trafiłem do Widzewa jako zawodnik do drużyn juniorskich. Już byłem w klubie, gdy po jesieni wydarzyła się dziwna sytuacja, bo pierwszy zespół miało wzmocnić kilku piłkarzy z zewnątrz, ale tak się nie stało. Dlatego sztab szkoleniowy postanowił sięgnąć po młody narybek. Któregoś dnia zimą akurat wracałem ze szkoły do domu i pod moim blokiem czekała na mnie pani Basia z klubu z informacją, że jadę na obóz z pierwszą drużyną Widzewa. Takie to były czasy. Nie było ani Internetu, ani telefonów komórkowych i w taki sposób dowiedziałem się o powołaniu do drużyny. Podobnie jak ja, w tym czasie dołączyli też Piotrek Kupka i Jacek Kozłowski.

*Drużyna Widzewa z sezonu 1990/1991. Piotr Szarpak siedzi drugi od prawej w pierwszym rzędzie.

Zaliczył pan debiut w ekstraklasie, ale wkrótce również spadek z drużyną do II ligi.

- Okres, kiedy Widzew w 1990 roku spadał z ekstraklasy, to jak zawsze w takim przypadku, nie jest miły temat. Były to trudne czasy dla klubu, ale dobrze, że wtedy zespół został w większości kadrowo utrzymany, co pozwoliło nam szybko wrócić do ekstraklasy. Chociaż łatwo nie było, bo walczyliśmy o awans do ostatniej kolejki, w której wygraliśmy wyjazdowy mecz z Zagłębiem w Wałbrzychu. Dla mnie to był fajny czas, bo zacząłem regularnie grać.

A potem po powrocie do ekstraklasy strzelił pan gola w pierwszej kolejce, gdy wygraliście 5:0 z Pegrotourem Dębica.

- Byliśmy trochę takim "fałszywym" beniaminkiem, bo przecież w drużynie byli już tacy piłkarze jak Mirek Myśliński, Tomek Łapiński czy Leszek Iwanicki. Przed sezonem doszli kolejni i jak to zawsze w Widzewie, również wtedy panowała zasada, że trzeba się zjednoczyć i grać dla dobra drużyny. Dlatego osiągnęliśmy sukces i zajęliśmy trzecie miejsce na koniec sezonu.

Jednak w następnym sezonie 1992/1993 kibice Widzewa nie oglądali pana w barwach drużyny RTS-u...

- Zawsze jak przychodzi nowy trener do klubu, to ma swoją wizję zespołu. Wtedy przyszedł Władysław Żmuda i szybko zrozumiałem, że albo będę w Widzewie rezerwowym grzejącym ławę, albo mogę spróbować sił gdzie indziej. Chciałem grać, a że pojawiła się propozycja wypożyczenia do Hutnika Kraków to skorzystałem z oferty trenera Krzysztofa Bulińskiego. Była to dobra decyzja, bo wtedy w Hutniku był naprawdę solidny zespół z takimi piłkarzami jak Krzysztof Bukalski, Tomek Hajto, Darek Romuzga, Andrzej Seremak, Leszek Walankiewicz i Kazek Węgrzyn. Przyszedłem tam z Widzewa, ale żadną gwiazdą nie byłem. Musiałem wywalczyć sobie miejsce w składzie, ale pobyt w Hutniku wspominam bardzo dobrze, bo rozwinąłem się tam jako piłkarz.

Po roku wrócił pan do Widzewa, gdzie pojawił się trener Władysław Stachurski.

- Trener Stachurski miał swój pomysł na przebudowę drużyny, do którego mu pasowałem. To wtedy miała miejsce sytuacja, gdy nagle odsunięto od zespołu czterech doświadczonych zawodników i Władysław Stachurski postawił na młodych piłkarzy. To nie byłem tylko ja, ale również Daniel Bogusz, Radek Kowalczyk, a na wiosnę dołączył jeszcze Wojtek Małocha. Zaczęliśmy grać z polotem, naprawdę fajną piłkę. Każdy ganiał po boisku za każdego.

Aż wreszcie nastała era Franciszka Smudy, w którego zespole był pan raczej zmiennikiem.

- Jeszcze w pierwszym mistrzowskim sezonie tak nie było, bo mieliśmy szczupłą kadrę. Dopiero w kolejnym przyszły takie wzmocnienia, że trzy czwarte drużyny to byli aktualni albo potencjalni reprezentanci Polski. To, że mogłem być w takim zespole i grać, nawet jako rezerwowy, to był dla mnie wtedy sukces. Pamiętam, że miałem konkretną ofertę z Amiki Wronki i byłem już spakowany, żeby tam jechać. Jednak trener Smuda nie pozwolił mi odejść, a ja też nie chciałem robić czegoś na siłę. I tak zostałem jeszcze w Widzewie.

Często pan wspomina, że nie nastrzelał dużo goli jako widzewiak. Mimo wszystko kibice pamiętają pana bramki zdobywane w meczach z Legią.

- Tak to już bywa, że ktoś strzeli 30-40 goli i wielu kibiców nie pamięta takiego piłkarza po latach, a ja dałem się zapamiętać tymi bramkami. Bardzo cieszyłem się zwłaszcza z gola strzelonego Legii w Warszawie w 1996 roku. Ale przecież tego sukcesu nie byłoby bez kolegów z drużyny. Na przykład Marek Koniarek nie zdobyłby połowy swoich bramek, gdyby nie dobra gra i podania Ryśka Czerwca. Punktów też mogliśmy mieć mniej, gdyby nie skuteczna gra Tomka Łapińskiego w obronie, który potrafił "nakryć czapką" niejednego czołowego napastnika w lidze.

W różnych tekstach sprzed lat, ukazujących ówczesny zespół Widzewa "od kuchni", wielu pana kolegów, jak i na przykład kierownik Tadeusz Gapiński, zgadzają się w jednym: Nie było w drużynie większego gaduły i piłkarza z takim poczuciem humoru jak... Piotr Szarpak.

- Coś w tym jest, chociaż to nie chodzi o opowiadanie kawałów, bo tego nie potrafię robić. Zawsze lubiłem coś od razu, na bieżąco skomentować, jak się działo w zespole lub w klubie. Mistrzem konkretnych przemówień to był wtedy Maciej Szczęsny. Powiedział trzy słowa i już wszystko było jasne. A ja dla odmiany coś napomknąłem żartobliwie, obróciłem w anegdotkę... Nie zawsze trzeba podchodzić poważnie do piłki. Czasami trzeba pożartować.

Co obecnie pan porabia?

- W prywatnej szkółce jestem trenerem drużyny rocznika 2010. Ale w obecnej sytuacji nie ma co o tym za dużo mówić, bo zajęcia są zawieszone.

Panie Piotrze, z okazji 49. urodzin chcieliśmy złożyć w imieniu klubu oraz kibiców Widzewa serdeczne życzenia wszystkiego najlepszego i przede wszystkim zdrowia.

- Dziękuję, a wszystkim również życzę zdrówka. Ono teraz jest dla nas najważniejsze. Obyśmy niedługo spotkali się na stadionie na meczu Widzewa.


Sponsor strategiczny Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Trening 12.03.2020

Trening 12.03.2020

Tabela rozgrywek

1 Widzew Łódź 47
2 Górnik Łęczna 42
3 GKS Katowice 41
4 Resovia 41
5 Olimpia Elbląg 36
6 Bytovia Bytów 33
7 Błękitni Stargard 31
Pełna tabela