Aktualności

Ludwik na pewno pomaga nam z góry - rozmowa z Janiną Sobolewską

Żona świętej pamięci Ludwika Sobolewskiego, legendarnego prezesa Widzewa, twórcy jego potęgi, wierzy, że klub podniesie się z kolan i wróci do piłkarskiej elity.

Marcin Olczyk: Kim według pani był dla Widzewa świętej pamięci Ludwik Sobolewski?

Janina Sobolewska: Nie można o tym człowieku powiedzieć złego słowa. To właśnie przede wszystkim on, z piłkarzami oczywiście, przyczynił się do osiągania sukcesów przez Widzew. Pracował dla tego klubu z całego serca i zawsze uważał Widzew za swoją drugą miłość.

Czyli w najsławniejszym jego stwierdzeniu - "dla mnie Widzew to cały świat" - nie było przesady?

- Oczywiście, tak właśnie było, do samego końca. Kiedy już bardzo chorował i nie mógł poruszać się o własnych siłach, ale umysł wciąż pracował, zawsze miał na bieżąco wszystkie informacje i kontaktował się ze światem, rozmawiał na temat Widzewa. Cały czas był zorientowany w sytuacji - w jego przypadku pamięć i zdolność myślenia były wręcz komputerowe. Dlatego śledził losy klubu i bardzo martwił się o Widzew. Zresztą do ostatnich prawie miesięcy jego życia przychodziły delegacje, prosząc o pomoc i konsultując pewne działania czy decyzje. O ile się nie mylę, nawet za czasów pana Cacka była u nas na naradzie cała grupa ludzi, włącznie z przedstawicielami ówczesnych władz. Mąż udzielał im porad, tak po prostu, po koleżeńsku. I jego pierwszą, podstawową radą było: "Zdobądźcie ludzi, którzy się znają na piłce. Bez tego nie ruszycie klubem, w ogóle nie ma o czym mówić". Wtedy trochę się nawet zawstydziłam, bo powiedział dość ostro: "Nic z tego nie wyjdzie, bo nie macie kim grać i nie potraficie czytać piłki. To nie są ludzie, którzy mogą kierować piłką, bo na tym trzeba się znać". Mąż, patrząc na obraz, widział wszystko. Grę piłkarzy także czytał jak z nut, wiedział kto się do tego nadaje, a kto nie.

Żył Widzewem zawsze. Muszę przyznać, że kiedy były mecze to nawet popłakiwał, że na nich nie może być, to znaczy chciał  na nich być w myślach, ale choć przyjeżdżali po niego koledzy czy kibice i chcieli zabierać na stadion, to mąż krępował się swojego stanu i nie dawało się go przekonać. Ale sercem z klubem był do końca i nigdy się to nie zmieniło.

Pani nie miała problemu z dzieleniem się mężem z klubem? Zdarzało się pani być zazdrosną o Widzew?

- Nie, nie było takich sytuacji. Mój syn też jest fanatykiem, więc razem się dobrali i śledzili wszystkie wydarzenia związane z klubem. Syn zresztą zawsze przynosił mu najnowsze wieści i nagrania (bo wtedy nagrywało się mecze) nie tylko z Polski, dzięki czemu mąż był z piłką nożną zawsze na bieżąco. Poza tym przyjeżdżali do niego piłkarze, również z zagranicy, z aktualnościami. Nie śmiałabym mu zabrać tej przyjemności i pasji. Życie niestety tak się ułożyło, że dopadła go okropna choroba - stwardnienie zanikowe boczne. To nie jest żadne schorzenie mózgu czy choroba nerwowa tylko utrata receptorów ruchu. Mózg wysyła sygnał do zgięcia ręki, a człowiek tej ręki zgiąć nie może. Słyszałam, że ostatnio pojawiła się pierwsza jaskółka nadziei. W Stanach Zjednoczonych podobno wynaleziono lek na to schorzenie, ale nie wiem czy w tej chwili jest już w obiegu czy na razie w fazie doświadczeń. Pojawiła się już jednak zapowiedź leku, a to dobra informacja.

Śmierć mojego męża była stratą na pewno także dla Widzewa, bo myślę, że mąż nie dopuściłby do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w ostatnich latach. Czasem widzę, bo mieszkam niedaleko, jak kibice idą na mecz i zastanawiam się: "Boże, dlaczego to nie jest ekstraklasa? To niemożliwe". Ale teraz nowe władze idą do przodu. Może im się uda - bardzo bym tego chciała.

A czy pani chodziła z mężem na mecze Widzewa?

- Nie, razem chodziliśmy raczej na oficjalne spotkania. Co jakiś czas w naszym domu odbywały się z kolei kameralne spotkania, ale na mecze mąż chadzał zazwyczaj sam, choć ja oczywiście interesowałam się losami klubu i wynikami. Za każdym razem trzymałam kciuki i byłam z wszystkim na bieżąco - będąc z takim człowiekiem nie było innej możliwości (śmiech).

Czyli miała pani świadomość, że pod kierownictwem pani męża rodziło się w Widzewie coś wielkiego?

- Oczywiście, że tak. To był piękny okres i wspaniałe chwile, które zapamiętam do końca życia, tak samo chyba jak wielu kibiców. Jestem pełna uznania właśnie dla fanów Widzewa, bo jak mąż chorował to właśnie oni najwięcej interesowali się jego stanem. Przychodzi, pytali się o zdrowie, pomagali. To ujmuje człowieka, siedzi w nim potem głęboko. Mąż też lubił z nimi rozmawiać, kochał kibiców. Uważał zresztą, że nie można prowadzić rozgrywek jak się nie ma kibiców. A najlepsi fani w Polsce to właśnie kibice Widzewa. Nie ma lepszych i twierdzę, że do tej pory nic w tym temacie się nie zmieniło. Tak kibicować potrafi tylko Widzew. Sama pochodzę z Widzewa, więc pewnie dlatego ten widzewski charakter tak mocno we mnie tkwi.

Skąd w takim razie brał się fenomen pani męża?

- Przede wszystkim był to człowiek bardzo opanowany, ale obok jego spokoju ważna była konsekwencja i analityczny umysł. Fantastycznie znał się na ekonomii, sytuacje analizował w szerszej perspektywie, kontrolował księgowych, sam - własnymi oczami - musiał zobaczyć wiele rzeczy. Otwarty, analityczny umysł podparty wiedzą daje dużo i tak było w jego przypadku.

Człowiek-orkiestra.

- Zgadza się. Widzew nie był jego jedyną pracą. Był prezesem dużej spółdzielni - Kom-Budu - w której pracowało dwa tysiące osób. Takim zespołem trzeba umieć zarządzać. Kom-Bud pomagał chociażby przy budowie stadionu Widzewa, także w tym też musiał uczestniczyć. Taki się po prostu urodził - ze wszystkim sobie radził. Pamiętam jego opowiadania jak ściągał Bońka - jakie były oczekiwania jego rodziców, jakie wynikały w związku z tym problemy, jak zapisywał go do różnego typu szkół. To były piękne czasy, ale one się skończyły. Tak jak kończy się ludzkie życie. Szkoda, że mój mąż nie miał takich następców, którzy byliby takimi totalnymi, absolutnymi pasjonatami, jak on. Nic innego się wtedy nie liczyło. Wstawał, wsiadał w samochód, jechał i obserwował. Co ciekawe, skupiał się na młodzieży z małych miejscowości, nie tylko pod Łodzią, ale w całym kraju. Tam wynajdywał perełki. Patrzył, przyglądał się i wskazywał. Albo kandydaci do gry przyjeżdżali na działkę i kazał im kopnąć kilka razy piłkę, w jakiś konkretny sposób.

Legendarny prezes Widzewa testował piłkarzy u siebie na działce?

- Jeżeli ktoś chciał się dostać do Widzewa to czasem musiał przyjechać do nas na działkę. Pokopali sobie wtedy trochę, a ponieważ mąż kopał piłkę w młodości znał się na tym i od strony praktycznej. Ale to już jest historia. W listopadzie minie osiem lat, jak go nie ma - bardzo dużo czasu.

Lata najaktywniejszej działalności Ludwika Sobolewskiego przypadały na trudne czasy. Nie było pewnie łatwo rywalizować z klubami wojskowymi czy milicyjnymi?

- Wie pan, za dużo na ten temat z różnych względów nie mogę powiedzieć. Ale wtedy funkcjonowały duże zakłady, które pomagały Widzewowi. Były talony na samochody czy łatwiejszy dostęp do mieszkań. Mąż jakoś sobie radził, a w zakładach pracy również byli miłośnicy piłki nożnej, więc taka pomoc dla piłkarzy i ich rodzin miała znaczenie. Mój mąż miał jednak przede wszystkim kapitalną umiejętność konsolidowania całego zespołu. Bardzo często to żony piłkarzy przychodziły do niego, prosząc o radę czy pomoc. Zawodnicy na pewno go lubili i traktowali w pewnym sensie jak ojca.

We wspomnieniach piłkarzy często przewija się temat znakomitej, rodzinnej atmosfery Widzewa. Czy Ludwik Sobolewski sam trzymał nad tym pieczę? Czy widzewska rodzina utrzymywała bliskie relacje również poza szatnią?

- Na pewno było wiele takich spotkań, ale mój mąż też bardzo często wchodził właśnie do szatni piłkarzy, przed meczami. Nie było jednak tak, że ich straszył czy chciał coś wymuszać. Próbował raczej dodawać im pewności siebie, namawiał, żeby nie bać się nawet tych teoretycznie silniejszych. Trzeba po prostu dobrze kopać piłkę. Zespół był wtedy wspaniały i wygrywał. Ci zawodnicy dograli się kapitalnie. Jak w każdym zespole, zdarzały się sytuacje „podbramkowe”, ale nie było takiej, która by ten zespół rozwaliła. Proszę jednak spojrzeć, jacy to byli zawodnicy, jak oni grali. Nieżyjący już Krzysztof Surlit jak kopnął to ludzie bali się, że złamie im rękę. To były fenomenalne czasy również dla tych piłkarzy, choć nie pod względem finansowym, bo nie było mowy o takich pieniądzach, jakie są w piłce teraz. Czasami było nawet tak, że jak brakowało na wypłaty dla piłkarzy to i moją pensję się im oddawało na jakiś czas, żeby uzupełnić braki. Takie były jednak czasy. Jak wtedy przeżyliśmy, to myślę, że i teraz Widzew da radę.

Właśnie. Jest pani na bieżąco z tym, co dzieje się obecnie w klubie?

- Widzę i śledzę wszystko w Internecie, chociażby na Łączy Nas Widzew, więc znam sytuację. Staram się być na bieżąco, ewentualnie dopytuję syna, który też cały czas interesuje się Widzewem. Na razie wszystko idzie ładnie, ale jeszcze troszkę brakuje. Trzymam jednak kciuki i wierzę, że będziemy wysoko, a tam gdzieś z góry na pewno pomaga nam Ludwik.

Kibice i działacze nie zapominają o pani mężu. W ramach budżetu obywatelskiego chcą nawet postawić mu pomnik. Słyszała pani o tym pomyśle?

- Czuję się trochę niezręcznie, mówiąc o pomniku dla mojego męża. On był bardzo skromnym i zacnym człowiekiem, o wielu, wielu umiejętnościach i z wieloma zasługami. Wszyscy znali go od tej właśnie strony. I myślę, że na pewno cieszyłby się z tego, że ludzie wciąż o nim pamiętają i chcą uhonorować jego osobę. Uważam, że ta inicjatywa będzie dla niego miłym gestem. 

Ludwik Sobolewski był na pewno człowiek wartościowym, tyle powiem skromnie, tyle powinno wystarczyć. Na jego ciężkiej pracy bazujemy, podwaliny Wielkiego Widzewa to właśnie okres jego pracy w klubie. Szkoda, że nie ma go z nami, ale wierzę, że Widzew sobie poradzi. Z okna widzę czasem entuzjastycznie skandujących kibiców i bardzo się cieszę, że ten widzewski duch jest ciągle żywy.

W takim razie na otwarciu nowego stadionu nie może pani zabraknąć.

- Na sto procent. Muszę to zobaczyć, absolutnie. Na razie przyglądam mu się z zewnątrz, ale mam nadzieję, że wkrótce zobaczę go od środka. Na pewno wygląda pięknie. Będzie czym się pochwalić.

Przy okazji proszę pozdrowić wszystkich kibiców i aktualnych działaczy Widzewa. Trzymam mocno kciuki za bardzo dobre wyniki i za to, żeby Widzew znów był wielki.

---

Zagłosuj na projekt pomnika dla Ludwika Sobolewskiego w budżecie obywatelskim. Szczegóły http://www.pomniklegendy.pl/strona-glowna


Partner Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Kaczkan Huragan Morąg - Widzew Łódź 16.09.2017 r.

Kaczkan Huragan Morąg - Widzew Łódź 16.09.2017 r.

Tabela rozgrywek

1 Widzew Łódź 19
2 Lechia Tomaszów Mazowiecki 19
3 Sokół Aleksandrów Łódzki 19
4 Ursus Warszawa 17
5 Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie 16
6 Victoria Sulejówek 15
7 Huragan Morąg 14
Pełna tabela