Aktualności

Janusz Haren - widzewskie serce na emigracji

Należał do Widzewa, który na początku lat 70. rozpoczął mozolną drogę ku górze, zwieńczoną sukcesami w europejskich pucharach. On sam nie miał okazji jednak świętować z łódzkim klubem triumfów nawet na arenie krajowej. Tuż po awansie do ekstraklasy w 1975 r. wyemigrował do Danii. Mowa o Januszu Harenie.

Kwiecień, Kopenhaga, wczesne popołudnie. Dania, jak i jej stolica o tej porze roku raczej nie zaskakują pogodą - było pochmurno, zimno i wietrznie. Do pełni szczęścia brakowało tego dnia jedynie deszczu. Szukając mieszkania państwa Harenów, zatrzymaliśmy się na jednym z osiedlowych parkingów w dzielnicy Brønshøj. Brak znajomości języka duńskiego oraz nieuwaga spowodowały, że ominęliśmy znak informujący o wysokim mandacie dla osób parkujących w tym terenie bez zezwolenia lub zaproszenia. Uświadomieni zostaliśmy jeszcze zanim nie wysiedliśmy na dobre z samochodu.

Nie zdążyliśmy się zorientować, a przy drzwiach auta stał już… nasz rozmówca, który od pierwszych sekund sprawił, że zapomnieliśmy o przemierzonych kilometrach i nieprzyjemnej pogodzie. Wrażenie to było jeszcze mocniejsze, kiedy uprzednio poprowadzeni przestąpiliśmy próg mieszkania państwa Harenów, poznając następnie żonę pana Janusza, panią Teresę. W jednej chwili pogoda przestała mieć znaczenie. Zimną Danię na kilka godzin zastąpiło ciepło domowego ogniska, od którego tutejsze hygge mogłoby czerpać garściami. Nie znając się wcześniej, zostaliśmy przyjęci przez państwa Harenów z wielką serdecznością. Nie zapomnieliśmy oczywiście o celu naszej wizyty, przystępując po krótkiej chwili powitania (i pysznym poczęstunku) do rozmowy na temat historii piłkarza, który wyemigrował do Danii tuż przed pierwszymi sukcesami Widzewa na arenie krajowej w latach siedemdziesiątych. Wyjątkowa atmosfera sprawiła, że już na miejscu wiedzieliśmy, że nie będzie to dla nas zwykła rozmowa, a wspaniała podróż do przeszłości poprzez wiele wspomnień oraz mnóstwo archiwalnych materiałów z rodzinnej kolekcji.

Bartosz Koczorowicz: Jak rozpoczęła się pańska przygoda z futbolem?

Janusz Haren: Do ŁKS-u przyszedłem jako nastolatek, ale efektywnie grałem od około 18-19 roku życia. To był też wiek poborowy, co było nie bez znaczenia w tamtych czasach, a także dla dalszej części historii, którą opowiem. Zaczął się sezon, graliśmy mecz pucharowy z Legią Warszawa. Pamiętam, że nieźle mi poszło w tym spotkaniu. Później zagraliśmy jeszcze jeden ligowy mecz. W międzyczasie bardzo aktywny był Zawisza Bydgoszcz.

- Wówczas wojskowy klub.

- Wtedy toczyła się wojna o zawodników i nagle zostałem powołany do wojska. Wylądowałem w Wiśniowej Górze, gdzie stacjonował wówczas Pułk Obrony Terytorialnej. Nocowałem tam jedną noc na słomianym materacu. Następnego dnia rano powiedziano mi, że mam iść na trening, wcześniej otrzymałem stosowne ubranie. Nagle, nie wiadomo skąd pojawiło się dwóch facetów. Podeszli do mnie i poprosili o książeczkę wojskową, a następnie wzięli ją i na moich oczach podarli. Wręczyli mi drugą i powiedzieli, że mnie tu w ogóle nie było! Okazało się, że od tego momentu byłem wolny. Pomyślałem sobie wtedy: „Co jest grane?”. W Bydgoszczy dowiedzieli się, że wpakowano mnie do wojska, a wówczas zdaje się, że tamtejszy okręg był wyższy w hierarchii.

- Jaki był dalszy bieg tej historii?

- Za karę wrzucono mnie i Stasia Kaczmarka do jednostki wojskowej w Trzebiatowie. To była jednostka karna dla oficerów! Mieli tam drużynę piłkarską, więc byłem wolny. Musiałem jedynie chodzić na jakieś zajęcia polityczne. Trenerem był piekarz. Za grę w ich drużynie mogłem pójść do oficerskiej kantyny i zjeść porządnie, a nie tylko śledzie na metalowych talerzach. Parę bramek strzeliłem, byłem w formie. W końcu ten zespół awansował ligę wyżej.

Dostałem rozkaz, że mam iść na przysięgę, a zaraz po niej jechać natychmiast do Bydgoszczy. Towarzyszył mi wówczas sierżant, który miał mnie przekazać Zawiszy. Powiedziałem wtedy: „Ale chwila! Mam przecież pięć dni urlopu od dowódcy za dobre sprawowanie - za grę w piłkę.” W końcu strzeliłem sporo bramek, a drużyna, w której grałem awansowała. Musiałem to wykorzystać. Ostatecznie zostałem w jednostce, więc pojechałem natychmiast do Łodzi, do mojej narzeczonej. Kiedy wróciłem, nawet nie kazano mi się rozbierać. Dostałem rozkaz wyjazdu do Warszawy, a konkretniej do Legii.

- W której grały legendy polskiej piłki z tamtych czasów.

- Szczerze mówiąc, nie miałem szans, żeby tam grać. Tam były wielkie nazwiska - Brychczy, Gmoch. W rezerwie był skład pierwszoligowy. Trenowaliśmy oczywiście z pierwszym zespołem, ale nie było mowy, żeby tam się dostać. To byli przecież praktycznie sami majorzy.

***

Po siedmioletnim reprezentowaniu barw Łódzkiego Klubu Sportowego oraz rocznym pobycie w rezerwach Legii Warszawa, Janusz Haren podjął decyzję o opuszczeniu klubu z al. Unii. Nie wyprowadził się jednak z Łodzi, przenosząc się jedynie na wschód miasta - do Widzewa, który zaczynał wchodzić na krzywą wznoszącą pod okiem legendarnych działaczy: Ludwika Sobolewskiego, Stefana Wrońskiego, a także znakomitego szkoleniowca, jakim był Leszek Jezierski. Przy Piłsudskiego rodził się zespół, który w późniejszych latach pisał złote karty w historii polskiej piłki. Zanim jednak to się stało, ówcześnie klub o zasięgu dzielnicowym musiał odbyć długą drogę na niższych szczeblach. Nie doszłoby do tego, gdyby wyżej wymieniona trójka nie spotkała się ze sobą.

Jakie rysowały się przed panem perspektywy na zakończenie pobytu w Warszawie?

- Skończyła się moja służba, więc wróciłem do ŁKS-u. Tam jednak miałem nieporozumienia z trenerem. W międzyczasie w mojej sprawie zaczął działać trener Jezierski, który udał się na rozmowę do… mojej mamy, żeby przekonała mnie do przejścia do Widzewa. No i w efekcie tak się stało. Wiedzieliśmy, że z ówczesnym trenerem ŁKS-u, Józefem Walczakiem, nie będziemy mieli szans na grę. Różniła nas wizja, a w dodatku do klubu sprowadzono wcześniej kilku starszych zawodników ze Śląska Wrocław z perspektywą gry w pierwszym składzie. Poszedłem więc walczyć do Widzewa.

Jakie emocje pan odczuwał? Żal, złość?

- Nie czułem złości, ale było mi zwyczajnie przykro. Nie raz widać było zachowanie trenera w stosunku do młodych chłopaków i wiedzieliśmy, że nie było dla nas przyszłości. Zbierałem wprawdzie dobre recenzje, chociaż grałem na pograniczu, dość ostro.  ŁKS miał jednak w swoich szeregach ludzi, którzy otarli się o kadrę - Paweł Kowalski, Zbigniew Gutowski, „Tosiek” Szadkowski, Jerzy Sadek. Paru z nich niestety mogę spotkać już tylko na cmentarzach.

Co zaczął trener Jezierski, jeśli chodzi o pana proces przejścia do Widzewa, dopełnili panowie Sobolewski i Wroński.

- To byli prawdziwi widzewiacy. Poświęcili się w całości dla klubu. Oni stworzyli cały zespół, ściągając chłopaków i zapewniając warunki, a pamiętajmy, że to wtedy były niższe ligi. Nie mogliśmy narzekać. Każdy miał pensję majstra. Raz w miesiącu odbierało się pieniądze. To nie była oczywiście taka gaża, jak teraz. Jak przechodziłem z ŁKS-u do Widzewa to też wszystko załatwiono bez żadnych kłopotów. Sobolewski i Wroński dobrali się z Leszkiem Jezierskim. Wszyscy w trójkę szukali zawodnikom jakiejś pracy. Z czegoś przecież trzeba było żyć. Na pierwszą linię, jeśli chodzi o rozmowy z piłkarzami wchodzili Wroński z Jezierskim. Sobolewski przeważnie załatwiał sprawy, nie pokazując się od razu.

Czego pana nauczył Widzew przez lata gry w tym klubie?

- Przede wszystkim walki. Nie byliśmy wielkimi nazwiskami, ale walczyliśmy wszyscy dla drużyny. Jezierski nie popuszczał nawet w skrajnych sytuacjach. Pamiętam taką historię, kiedy to dziesięć dni przed jednym z meczów ligowych, w sobotę, graliśmy ostatni sparing. Zderzyłem się na nim z innym zawodnikiem i poczułem ból w ręce. Pojechałem na pogotowie, a tam dowiedziałem się, że jest ona złamana. To oznaczało jedno - gips. Pomyślałem sobie, że od poniedziałku będę mieć wolne na jakiś czas. Myliłem się. Jezierski, jak mnie zobaczył, chwycił za nożyczki i przeciął gips! Zostawił jedynie górny kawałek jako zabezpieczenie, a resztę zastąpił bandażem. No i musiałem trenować. Przyszedł dzień meczowy, więc musiałem zdjąć gips całkowicie, a w zamian Jezierski nałożył mi bandaż elastyczny i puścił mnie tak na boisko. Dałem radę, a do tego jeszcze wygraliśmy.

Widzew nauczył też się bawić? Zdzisław Kostrzewiński wprawdzie w rozmowie z nami mówił, że wiedzieliście, kiedy można sobie pozwolić na chwile beztroski. Mówił też, że zawsze wychodziliście na miasto całym zespołem. Nie brakuje też widzewskich historii podlanych alkoholem.

- Nie zwracałem uwagi na alkohol podczas naszych zabaw. Nikt mnie do niczego nie nakłaniał też specjalnie. Koledzy wiedzieli, że ja i tak postawię na swoim, i zdania nie zmienię. Nie raz jednak musiałem się bronić. Nie było pijaństwa w naszych szeregach. Mieliśmy jednak problemy z niektórymi piłkarzami, jak na przykład ze Szczepanem Szwambergiem, który czasem nam znikał, kiedy graliśmy jeszcze w trzeciej lidze. Jeździłem wtedy do Aleksandrowa Łódzkiego, gdzie można było spotkać go w trzech miejscach. Jezierski bardzo chciał wyciągnąć go z tego bagna. Do jakiegoś stopnia się to udawało, ale kiedy awansowaliśmy do drugiej ligi i zaczęliśmy walczyć o wyższe cele, było to coraz trudniejsze.

Po latach gry w niższych ligach, 22 czerwca 1975 roku zapisał się pan wspólnie z kolegami w historii Widzewa, dając klubowi drugi w historii awans do rozgrywek I ligi. To był z pewnością największy do tamtego czasu powód do świętowania.

- Graliśmy wtedy z Bałtykiem Gdynia. Pamiętam to spotkanie, jakby to było dziś. Dwa metry od linii boiska ludzie stali na bieżni. Wygraliśmy 3:1, a ludzie śpiewali i cieszyli się razem. Wtedy człowiek był młody i nie przejmował się historią, mimo, że to był dopiero drugi awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Po awansie poszliśmy na wspólną kolację. Wszystko przebiegło w spokojnej atmosferze. Mieliśmy poczucie dobrze wykonanej pracy.

(Na drugiej stronie przeczytacie m.in. o kulisach wyjazdu państwa Harenów, ich pobycie w Danii, a także o przyjazdach do Polski i spotkaniach z innymi widzewiakami)


Strony: 1  2  


Partner Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Łódź wokół Nas 21.09.2017

Łódź wokół Nas 21.09.2017

Tabela rozgrywek

1 Widzew Łódź 19
2 Lechia Tomaszów Mazowiecki 19
3 Sokół Aleksandrów Łódzki 19
4 Ursus Warszawa 17
5 Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie 16
6 Victoria Sulejówek 15
7 Huragan Morąg 14
Pełna tabela