Aktualności

Ja tylko nie widzę - wywiad z Marcinem Kaczorowskim

O miłości do Widzewa, pracy z drużyną i codziennym życiu osoby niewidomej - opowiada masażysta czerwono-biało-czerwonych Marcin Kaczorowski.

Bartosz Koczorowicz: Jak to się stało, że chłopak z Suwałk zapałał miłością do Widzewa?

Marcin Kaczorowski: Widzew zawsze był w moim domu. Wszystko za sprawą taty, który pochodzi z okolic Uniejowa i Łęczycy. Później wyjechał do Suwałk. W latach 90. - dopóki widziałem - zdarzyło mi się chodzić na Wigry Suwałki. To wtedy była trzecia, czwarta liga.

Do Łodzi zacząłeś jeździć po utracie wzroku?

- Straciłem wzrok w wieku 16 lat. Nie puszczano mnie w dalekie wojaże, ale zawsze gdzieś ten Widzew był. Nawet kiedy uczyłem się w szkole z internatem w Warszawie, to starałem się załatwić sobie „Przegląd Sportowy”. Po każdej kolejce piłkarskiej czytałem opisy spotkań. Sprawdzałem, kto strzelił bramkę, kto dostał kartkę, ilu było widzów na stadionie. Niektóre rzeczy cieszyły, niektóre bolały, ale zawsze się kibicowało. Od wspomnianej przeze mnie szkoły, która mieściła się na ul. Koźmińskiej na Powiślu było jakieś 200 metrów do stadionu Legii. Raczej w koszulce Widzewa bym tam nie pochodził. Zawsze jednak miałem ten klub w sercu i to mi pozostało.

W 2001 roku Michał Josviak z Gazety Wyborczej napisał o tobie reportaż - „Wtedy widzę Widzew”.

- Michał to mój dobry przyjaciel do dziś. Tekst ukazał się 1 czerwca. Kończyłem szkołę masażu w Krakowie. 6 czerwca miałem praktyczną część egzaminu dyplomowego, a 9 czerwca część teoretyczną. Trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Gazecie Wyborczej”, a więc jeszcze przed egzaminami z propozycją pracy w Widzewie zatelefonował prezes Andrzej Pawelec.

Spełnienie marzeń każdego kibica.

- Zgadza się, ale jeszcze wtedy nie miałem dyplomu. Miałem pracę, ale jeszcze bez uprawnień do wykonywania zawodu. Wszystko poszło pomyślnie. W dniu ostatniego egzaminu Widzew grał ostatni mecz u siebie w sezonie z GKS-em Katowice. Pojechałem szybko do internatu, przebrałem się z garnituru w normalne ciuchy. Ruszyłem ekspresem do Warszawy, gdzie zostałem przez chłopaków zgarnięty. Wsiadłem w samochód i pojechaliśmy na mecz. Zdążyłem i tak znalazłem się w Łodzi.

Suwałki, Kraków, Warszawa, Łódź - jak na wiek, w jakim byłeś, twoja historia była już bogata w wiele ciekawych rozdziałów.

- A trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że w międzyczasie już mieszkałem w Łodzi. Poszedłem tutaj na studia prawnicze. Rzuciłem je jednak po roku. Przez ten czas mieszkałem na osiedlu Lumumby.

Dlaczego zrezygnowałeś?

- Trochę się zniechęciłem, a prawo mnie nie porwało. Pierwszy rok jest dość nudny. Ciekawsze przedmioty może znalazłyby się na drugim albo trzecim. Może to też kwestia czasów, w których brakowało sprzętu? Miałem niby komputer, ale on działał, kiedy chciał. Skanowanie wykładów, poprawianie błędów - to było dla mnie trochę duże obciążenie. Z drugiej strony, nie oszukujmy się - byłem też młodszy. Byłem w Łodzi, blisko kibiców, chodziłem na mecze. Opuściłem tylko jeden wyjazd w Wielką Sobotę. Mieszkałem z dala od rodzinnego domu, mogłem sobie pofolgować. Ten czynnik swobody wynikał być może z tego, że straciłem wzrok w drugiej klasie liceum, w kwietniu.

Rozwiń proszę.

- Przeżyłem szok, co jest dość oczywiste w takiej sytuacji. Powiedziano mi, że nie będę widział do końca życia. Tak też się stało. Zaliczono mi tamten rok szkolny, a ja postanowiłem, że muszę pójść do trzeciej klasy. Nie chciałem tracić roku - razem z moimi kolegami i koleżankami, którzy bardzo mi wtedy pomogli. Wtedy nie było Internetu, nie było tak rozwiniętej techniki. Nie miałem komputera, wszystkiego musiałem się uczyć z taśm, które nagrywali moi przyjaciele. Zawsze podkreślam ich pomoc przy tego typu rozmowach i bardzo im za to dziękuję. Te dwa lata w liceum wymagały ode mnie sporego wysiłku, żeby przestawić się na inny sposób nauki. Być może to też spowodowało, że będąc z dala od domu poczułem swobodę. W efekcie porzuciłem prawo, zrobiłem sobie rok przerwy i zacząłem uczyć się w Krakowie.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Czułeś wsparcie z każdej strony czy może jednak gdzieniegdzie zderzałeś się z niezrozumieniem innych osób?

- Absolutnie nie. Moja rodzina i wszyscy moi bliscy sugerowali mi, żebym poszedł do Lasek [siedziba Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych - przyp. red.]. Odpowiedziałem krótko - nie. Walnąłem pięścią w stół. Albo skończę szkołę w Suwałkach, albo nie będę się dalej uczył. Sam poszedłem do dyrektorki. Byłem świadom, że dobra wola nauczycieli nie będzie miała znaczenia. Wiedziałem, że decydujące będzie wsparcie klasy. Z nimi byłem pewien, że sobie poradzę. I tak potrafiłem siedzieć po trzy-cztery noce, żeby Braillem czytać notatki i je sporządzać. Na początku nie czytałem szybko. Nie mówię, że teraz to robię, bo na co dzień nie posługuję się Braillem, ale był moment, że doszedłem do biegłości - zarówno w pisaniu, jak i czytaniu.

Koledzy okazali się bardzo pomocni?

- Zanim poszedłem do dyrekcji rozmawiać w sprawie kontynuacji nauki, zrobiłem jeszcze jedną rzecz. Miało to miejsce przed zakończeniem roku szkolnego, na początku czerwca. W mojej klasie było mniej więcej po połowie dziewczyn i chłopaków. Zajęcia były tak ułożone, że grupa męska miała dwie godziny angielskiego, a żeńska - informatyki. Później następowała zamiana. Poszedłem na zajęcia do chłopaków. Pomyślałem sobie, że jeśli oni mi pomogą, to tym bardziej zrobią to dziewczyny, które są bardziej…

…empatyczne?

- Zgadza się. Nie chcę nic ujmować facetom, ale nie oszukujmy się, taka jest konstrukcja psychiczna ludzi. Zapytałem kolegów: „Panowie, chcę we wrześniu wrócić do szkoły. Pomożecie?”. Potrzebowałem nagrań lekcji oraz rozdziałów z podręczników. Nie było z tym kłopotu. Niektórzy pomagali częściej, inni rzadziej, ale mogłem liczyć na każdego. Dzięki temu skończyłem liceum. Nie czułem izolacji. Może mniej się udzielałem towarzysko, ale imprezy były. Chodziło się na nie w czwartej klasie liceum, potem na studiach. Kiedyś nie dało się tak łatwo sprawdzić, jak dzisiaj, gdzie jest jakieś wydarzenie w okolicy. Większość nie miała internetu. Jestem wdzięczny mojej klasie, dzięki której było mi o wiele łatwiej przejść przez to, przez co przeszedłem.

Straciłeś wzrok w wyniku nieszczęśliwego wypadku, ale nie powiedziałeś o prawdziwej wersji zdarzenia od razu.

- Przez długie lata mówiłem, że spadła na mnie gałąź z drzewa. Było to związane z moimi rodzicami, którzy należą do grupy osób roszczeniowych. Nie powiedziałem wtedy prawdy i nie prostowałem tej fałszywej wersji przez lata. Trochę przyzwyczaiłem się do takiego stanu rzeczy, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie powinno dłużej tak być. To był wypadek, kolega opowiadał jakiś dowcip, a ja siedziałem na podłodze na korytarzu podczas przerwy. Wstawałem, kiedy on zrobił coś w rodzaju półobrotu. Dostałem łokciem w oko. Nieszczęśliwy wypadek. Życie. Nie mam absolutnie o to najmniejszego żalu.

Jak twój wypadek przeżył kolega?

- Ciężko. Rozmawialiśmy na ten temat, mieliśmy regularny kontakt, bo uczyliśmy się w jednej klasie. Po maturze znajomość się urwała. W 2000 roku spotkaliśmy się ponownie klasową grupą u koleżanki pod Suwałkami. Pogadaliśmy sobie. Wszyscy wiedzieli, jak było. Wytłumaczyłem koledze, dlaczego przez lata utrzymywałem nieprawdziwą wersję. Wiesz co jest najciekawsze? Każdy w klasie znał rzeczywisty przebieg tamtego zdarzenia, a jednak nigdy o nim nie dowiedziała się moja rodzina. To nie wyszło na zewnątrz tej grupy. Dopiero, kiedy ja zdecydowałem się o tym powiedzieć, sytuacja się zmieniła.

Możesz się cieszyć z tego, że byłeś członkiem lojalnej paczki.

- Tak. Nie musiałem o nic prosić. Dyskrecja w tej sprawie była dla wszystkich oczywista. Co z tego, że dostałbym odszkodowanie? Ciągałbym go tylko po sądach. Po co mi to było? Miałem chłopakowi i jego rodzinie zniszczyć życie? Bez sensu. To był przypadek!

Jak pamiętasz przebieg tamtego zdarzenia?

- Po prostu poszedłem do domu i czekałem na odzyskanie widzenia. Wzrok nie wracał, więc znalazłem się w szpitalu w Suwałkach. Po 10 dniach trafiłem do Białegostoku, gdzie zrobiono mi bardziej szczegółowe badania. Wtedy dowiedziałem się od profesora, że według wszelkich przesłanek nie będę widział do końca życia. To był piątek, 5 maja 1995 roku. Dzień wcześniej zostali wezwani do Białegostoku moi rodzice. Profesor posługiwał się całą masą różnych fachowych medycznych określeń. Słuchałem ich tak, jakbym niczego nie rozumiał.

Kiedy dotarło do ciebie, co się wydarzyło i jakie ma to konsekwencje?

- Dopiero po kilku chwilach. Przeżyłem szok. Miałem 17 lat. Wydawało mi się, że moje życie skończyło się, zanim na dobre się zaczęło. Rodzice posiedzieli przy mnie może z godzinę i pojechali do Suwałk, a ja zostałem sam. Myślisz, że ktoś pomyślał, że może potrzebowałbym rozmowy z psychologiem? Zapomnij! Ten weekend, który spędziłem w szpitalu po usłyszeniu wiadomości od lekarza, to był po prostu koszmar. Paradoksalnie ta obojętność otoczenia, w tym także mojej rodziny, pozwoliła mi zacząć wstawać na nogi. Spędziłem w szpitalu jeszcze nieco ponad tydzień. Kiedy go opuszczałem, wiedziałem, że zrobię wszystko, aby żyć normalnie. Nie miałem pojęcia, co prawda, jak tego dokonam, ale tej jednej rzeczy byłem pewny. Będę walczył.

Zdecydowałeś się zostać masażystą. Dzięki temu poczułeś powrót do pełni życia?

- To nie tak. Zawsze chciałem pracować z ludźmi - nieważne czy byłbym prawnikiem, czy masażystą. Odnalazłem się akurat w tym drugim i cieszę się, że tak się stało. Gdybym skończył prawo, może zarabiałbym więcej, ale nie żałuję decyzji. Naprawdę lubię to, co robię. Współpraca z innymi, to dla mnie przyjemność. Mogę komuś pomóc. Nie zawsze jestem wprawdzie w stanie, ale trzeba mieć do tego dystans. Trzeba przede wszystkim myśleć i nie posługiwać się schematami, a dostosowywać się do potrzeb danej osoby. Sama świadomość, że mogę pomóc, to jest dla mnie coś pięknego.

Gdybyś został prawnikiem to prawdopodobnie nie pracowałbyś w Widzewie.

- To kolejny argument, że dobrze się stało, jak się stało. Pracowałem w klubie przez siedem lat. Później nastąpiły zmiany. Pan Sylwester Cacek przyszedł i zaczął wprowadzać swoje porządki. Nie dogadaliśmy się i doszedłem do wniosku, że nie ma sensu w to brnąć. Z bólem serca musiałem odejść.

Nie sądziłeś, że jeszcze wrócisz. A jednak.

- Ponosiły mnie może trochę nerwy i emocje, ale byłem bardzo wkurzony, jak się rozstawałem z klubem. Z bycia kibicem nie potrafię zrezygnować. Nie wiem, co by miało się wydarzyć, żeby tak się stało. W momencie, kiedy Cacek doprowadził do upadku Widzewa, to kilka dni po reaktywacji klubu telefon zadzwonił. Odbyliśmy wstępną rozmowę, zostałem zapytany, czy pomogę ogarnąć sprawy medyczne w IV lidze. Pracuję na co dzień w szpitalu, ale powiedziałem, że nie ma kłopotu. Później dogadaliśmy szczegóły w kolejnych rozmowach. Na początku ogarniałem sam. Potem z czasem doszli inni. Wszystko zaczęło się rozbudowywać. Teraz nieco usunąłem się w cień.

W szpitalu pracuję na stale. W żadnym wypadku nie należy odbierać teraz mojego poziomu zaangażowania na zasadzie, że mi nie zależy. Chodzi o to, że czasem trzeba dokonać wyboru. Mogę być do dyspozycji klubu codziennie popołudniami. Jeżeli zawodnicy będą mnie potrzebowali, nie będzie z tym żadnego kłopotu. Pojawiam się na Widzewie, kiedy są mecze, umawiam się też na konkretne dni z chłopakami. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, spotykamy się przeważnie na stadionie. Czasem ktoś podjedzie do mnie do domu.

A jak to wygląda podczas okresu przygotowawczego?

- Tu jest trochę inaczej. To bardzo ważny okres dla drużyny, która ciężko ćwiczy przed rozpoczęciem rundy. Z tego względu dogadaliśmy się, że na czas przygotowań jestem w klubie do pełnej dyspozycji.

W Widzewie dzieje się więcej niż w szpitalu?

- W klubie wszystko jest płynne. Powiedziałem jedno - będę w Widzewie tak długo, jak ludzie w zarządzie będą chcieli, żebym tu pracował. Nie jestem osobą, która się narzuca. Chciałbym pracować w Widzewie, ale to nie znaczy, że muszę w nim być. Nie chciałbym tylko przeżyć powtórki z 2008 roku. Jeżeli zmieni się kiedyś koncepcja, w wyniku której współpraca ze mną nie będzie dalej możliwa, byłoby miło, jak by to ktoś po prostu uczciwie powiedział. Nie mam zamiaru z tego robić kłopotu. Wrócę wtedy na trybuny.

Trybuny nowego obiektu.

- Jeszcze nie było takiego meczu na nowym stadionie, żebym na nim nie był.

Słyszysz ryk kilkunastu tysięcy kibiców na każdym meczu.

- No słyszę, ale mimo wszystko na Widzewie się było całe lata. Jeździło się też na wyjazdy. Mam chyba 119 na koncie. Nie jest to dużo, bo są ludzie, którzy w swoim życiu pojechali już na trzy razy więcej meczów wyjazdowych. Nie liczę oczywiście spotkań, na które przyjeżdżałem do Łodzi z Suwałk czy Krakowa, a tych też było mnóstwo.

Jesteś także aktywny w świecie wirtualnym. Udzielasz się na Facebooku, Twitterze. Można cię spotkać z kamerą Go Pro.

- Michał Josviak, który napisał wspomniany reportaż, wpadł na pomysł nakręcenia filmu. On wtedy uczył się w Szkole Wajdy w Warszawie. Jego pracą dyplomową na zakończenie edukacji miała być etiuda. Tak doszło do powstania „Henio, idziemy na Widzew”. Teraz pracujemy nad filmem pełnometrażowym, ale trochę się wszystko przeciąga. Zaszło sporo zmian w moim życiu. Wróciłem do Widzewa, otwarto nowy stadion. Ten film będzie miał na celu pokazanie nie tylko mnie jako kibica, ale pozostałych aspektów mojego życia. Mamy też kłopoty z postprodukcją.

Jakiego rodzaju?

- Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ciągle ich szukamy, podobnie jak współpracowników, bo materiału jest naprawdę dużo. Zobaczysz mnie teraz prędzej z kamerą na ulicy niż na stadionie. Na pewno będę ją miał, gdy, mam wielką nadzieję, awansujemy do drugiej ligi. Mam materiały z chociażby z ostatniego naszego awansu, kiedy to po ostatnim meczu jechaliśmy autokarem przez centrum miasta.

W mediach społecznościowych można znaleźć mnóstwo wpisów wierszem. Skąd taka forma?

- W ostatnich latach chyba nie znajdziesz żadnego wpisu, którego nie napisałem wierszem. Zacząłem stosować taką formę mniej więcej od 2014 roku. Czasem przyjdzie jakaś myśl - może być to dwuwiersz, czterowiersz, czasem coś dłuższego. Opisałem też ostatnio większą liczbą słów nieco prześmiewczo historyjkę z życia, kiedy to w jednym ze sklepów ekspedientka nie chciała mnie obsłużyć. Ogólnie nie mam trudności z doborem słów. Dużo czytam, zawsze pisałem. Były to przeważnie jakieś opowiadania. Pisałem już od czasów licealnych. Nie publikowałem jednak wtedy niczego.

Wracając do filmu - co słychać u twoich dzieci, a wśród nich - tytułowego bohatera Henia? Wciąż kibicuje Widzewowi?

- Mam kontakt z dziećmi. Byłem u nich przed świętami. Mieszkają na Dolnym Śląsku. Jestem po rozwodzie. Obecnie Henio średnio interesuje się piłką. W zasadzie to kręci go sport ogólnie. Zagra w FIFĘ, pokopie z kumplami, ale jeżeli piłka nożna, to raczej zagraniczna. Żeby się z nimi spotkać jadę najpierw do Wrocławia, ze dwie godziny pochodzę po mieście - zazwyczaj mam z sobą jakiś widzewski akcent. Potem przesiadam się, żeby dotrzeć do Milicza.

Ile Henio ma teraz lat?

- W kwietniu skończy 15 lat. Jest prawie taki wysoki jak ja. Brakuje mu tylko czterech centymetrów, żeby mnie dogonić [Marcin ma 189 cm wzrostu].

Niedługo Henio będzie w twoim wieku, kiedy straciłeś wzrok.

- Staramy się rozmawiać ze sobą, na tyle, na ile możemy. Przechodzi teraz wiek dojrzewania, może lekko opuścił się w nauce, ale to zwyczajny nastolatek. Raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale ogólnie idzie do przodu. Chciałem go zarazić szachami.

Dobrze grasz?

- Mogłem być dobrym szachistą, ale z racji tego, że uczyłem się w szkole z internatem, to nikt mnie nie przypilnował. Gram dla przyjemności, ale bez zaangażowania. Zawsze miałem w głowie wiele innych wariackich pomysłów. A co do Henia, to stwierdził, że woli jednak pokopać piłkę.

Był już na nowym stadionie?

- Jeszcze nie, ale będę chciał go zabrać. Musi jednak zrobić się cieplej.

Na jaką trybunę chciałbyś go wziąć?

- Pod Zegar nie dam rady. Wszystkie miejsca będą tam zajęte przez karnety, a rzadko dochodzi tam do zwalniania miejsc na tej trybunie. Trzeba będzie pomyśleć, jak przyjdzie ten moment.

Oprócz pracy i własnych zainteresowań, poświęcasz także swój czas dla fundacji „Szansa dla niewidomych”. Czym się tam zajmujesz?

- Teraz nie działam już na takim poziomie, jak kiedyś. Czasem korzystam z działalności tej fundacji. Byłem na wycieczkach muzealnych organizowanych dla niewidomych. Niejednokrotnie zdarzało się, że wspomagałem pracowników, pisząc uzasadnienia dla różnych projektów, gdy fundacja starała się o dofinansowanie. Raz zdarzyło mi się poprowadzić kilkunastoosobową wycieczkę po Księżym Młynie. Specjalnie się do niej przygotowałem.

W 2014 roku otrzymałeś od fundacji tytuł „Idola Środowiska”.

- Ta nagroda to owoc współpracy z fundacją, ale być może zostałem też wyróżniony za aktywność. Nie staram się narzucać sobie barier. Nie można powiedzieć, że czegoś nie możesz zrobić, jeżeli w ogóle tego w życiu nie spróbowałeś. Kiedyś moja koleżanka wyznała mi, że nie umie upiec ciasta. Zapytałem, czy w ogóle próbowała. Nie? To jak możesz powiedzieć, że nie umiesz? Jak nie wiem, jak coś wykonać w kuchni, to zwyczajnie odpalam internet czy książkę kucharską i kombinuję. Uczyłem się kiedyś samemu wytwarzać nalewki i wina różnego rodzaju. Nie mówię, że wszystko wychodziło mi perfekcyjnie, ale działałem. Gotować też się nauczyłem. Trzeba po prostu chcieć. Z tą nagrodą był też trochę zbieg okoliczności. W 2014 roku spotkała mnie ta nieszczęsna sytuacja w autobusie.

Zostałeś pobity przez grupę nastolatków po zwróceniu im uwagi. Sprawę opisywały ogólnokrajowe media.

- Od razu przy okazji zaznaczam, że ta historia nie ma żadnego podtekstu kibicowskiego. Zostałem zaatakowany przez młodych ludzi, ale zdołałem się obronić. Trochę jeszcze pogoniłem im kota. Taki już jestem. Tak naprawdę, to była jedna z wielu sytuacji. Ta akurat po prostu została nagłośniona.

Często spotykasz się z niezrozumieniem w codziennym życiu?

- Jestem aktywny nie tylko w Łodzi. Stąd spotykam się z różnymi sytuacjami. Ktoś może powiedzieć, że społeczeństwo ogarnia znieczulica, ale to nie jest tak. Ignorancja czy brak reakcji pojawia się w sytuacji, gdy idę ulicą i dochodzę do przystanku autobusowego, a następnie pytam się ludzi, za ile minut będzie konkretny autobus. Owszem, ktoś może powiedzieć, że przecież mogę sobie rozkład sprawdzić w internecie, ale czasem pada, nie wszystkie przystanki są wyposażone w funkcję lektora. Zadaję pytanie i cisza. Dlaczego? Nie dlatego, że mnie nikt nie usłyszał. Są dwa powody. Pierwszy z nich - w momencie, kiedy pada pytanie, ludzie zaczynają spoglądać się na siebie wzajemnie.

„Spychologia”?

- Otóż to. Drugi powód, to myślenie w stylu - „Niewidomy? Lepiej się nie odzywać, bo może jeszcze coś będzie chciał”. Nieświadomość, brak edukacji, powodują, że ludzie boją wykazać się aktywnością. Dlatego moim zadaniem jako niewidomego czy ogólnie osoby niepełnosprawnej jest mieć dużo cierpliwości. Nie zawsze mi jej wystarcza. Wchodzę do tramwaju, w środku mnóstwo osób, chwytam się poręczy. W pewnym momencie jakaś kobieta podchodzi do mnie i mówi, że ustąpiła mi miejsca. Grzecznie dziękuję i odmawiam. Ona ponawia prośbę. Spokojnie odmawiam po raz drugi. Ludzie na ogół odpuszczają, ale dwa-trzy razy w tygodniu zdarza się sytuacja, w której ktoś mnie próbuje na siłę uszczęśliwić. Tłumaczę wtedy, że jestem tylko ślepy, nogi mam zdrowe. Wówczas spotykam się z odpowiedzią, że jestem niemiły.

Ze skrajności w skrajność.

- Inna sytuacja. Pewna starsza pani chciała mnie kiedyś koniecznie przeprowadzić przez ulicę. Podziękowałem, ale ona swoje - tak mi się uwiesiła na ręce, w której trzymam laskę, że nie mogłem nią ruszyć, bo zablokowała mi nadgarstek. Nie znoszę tego. W efekcie, przy przechodzeniu przez jezdnię potknąłem się o krawężnik. Na sam koniec powiedziała do mnie, że gdyby nie ona, to może i bym się przewrócił. Odpowiedziałem, że gdyby nie ona, to w ogóle bym się nie potknął. I już byłem niemiły. Czasem machnę ręką w takich sytuacjach, ale jak ktoś mnie łapie za rękę, w której trzymam laskę, to działa to na mnie jak płachta na byka. Mówię wprost co myślę, czasem z przymrużeniem oka, swobodnym tonem. Jak ktoś zajdzie mi za skórę, bywam niemiły, ale rzadko takie sytuacje się zdarzają.

Nie boisz się okazywać sympatii do Widzewa. Przyszedłeś na rozmowę ze mną do centrum ubrany w koszulkę z napisem „Władcy Miasta Włókniarzy”, a miasto jest podzielone na dwie części. Nie boisz się?

- Szczerze? Nie przejmuję się tym wcale. Ja jestem sobą, a jeżeli ktoś ma z tym problem, to niech się patrzy w inną stronę. Możemy podyskutować, ale jak zostanę obrażony, to nie należy się spodziewać, że będę miły. Pamiętam historię, jak szedłem ul. Abramowskiego. Gonił mnie wtedy jakiś chłopak i cały czas krzyczał „ŁKS! ŁKS!”. W końcu się ze mną zrównał. Ewidentnie chciał mnie sprowokować. Ja miałem słuchawki na uszach, ale w końcu wcisnąłem pauzę i zadałem proste pytanie: „Co ty czkawki dostałeś, czy co?”. Nie wiedział co powiedzieć. Nie muszę być w koszulce Widzewa, żeby zostać w Łodzi rozpoznanym. Bywam w różnych częściach miasta. Można mnie spotkać na Dworcu Kaliskim, Retkini, Limance czy też al. Politechniki przy Wróblewskiego. Jak podchodzą do mnie tacy ludzie, to macham ręką i idę dalej. Mam reagować na kogoś takiego?

Co sprawia ci w życiu codziennym największą trudność?

- Nie znoszę wszelkiego rodzaju formalnych spraw. Jak mam zabrać się za wypełnianie jakichś papierków, to aż mną telepie. Jak przychodzą do mnie listy polecone, to odbieram je zazwyczaj ostatniego możliwego dnia, bo non stop to odkładam. Radzę sobie z domowymi obowiązkami. Nie umyję okien. Nie czuję się na siłach. Kiedyś spróbowałem, to zrobiłem takie zacieki, że dałem sobie z tym spokój. Wolę komuś zapłacić w tym temacie, niż usłyszeć, że efekt wyszedł zły mimo starań.

Wróćmy do piłki, Widzew przyciąga zawodników z coraz bardziej interesującą przeszłością. Przykładem jest transfer Roberta Dejmana.

- Wychodzę z założenia, że niech się dzieje wiele ciekawych rzeczy, ale niech też okażą się dobre, efektywne. Chciałbym, żebyśmy wygrywali, ale w przeciwieństwie do wielu nie wymagam zwycięstw po 3, 4, 5 do 0. Grunt to zdobywać regularnie trzy punkty. Ma być walka i zaangażowanie na boisku. Jest mnóstwo zespołów na niższych szczeblach rozgrywkowych, które stawiają autokar w bramce i wali się głową w mur. Nie mnie oceniać metody szkoleniowe jakiegokolwiek z trenerów. Wiem tylko jedno. Przez wiele lat nauczyłem się, że aby było dobrze w klubie, to niezależnie co się dzieje, to co ma miejsce wewnątrz zespołu, musi tam zostać, chyba, że zostało coś ustalone między trenerem a zawodnikami w konkretnych przypadkach. Niestety, czasem to szwankowało.

Może taka jest specyfika dużych klubów? Ciśnienie jest tak mocne, że szwy gdzieniegdzie pękają.

- Jak zapytałbyś mnie o szczegóły z życia jakiegokolwiek piłkarza, to przykro mi, ale nic nie powiem. Nawet, jak zajrzysz na moje profile w mediach społecznościowych lub forach, to nie piszę tam o takich tematach. Staram się nie ujawniać, bo moja rola jest trudna. Uczyłem się jej przez lata. Myślę, że większych błędów nie popełniłem. Owszem, na początku było bardzo ciężko. Jako kibic jednocześnie byłem w środku klubu. Wielu się mnie pytało, co tam się dzieje, a ja mogłem odpowiadać na takie pytania. Tak samo było, jak zaczynaliśmy w IV lidze. Z jednej strony, fajnie, ale z drugiej - potrzeba było dużego wysiłku, żeby nie zdradzić niczego, czego się nie powinno. W rundzie jesiennej pierwszego sezonu reaktywacji wracaliśmy niejednokrotnie z wyjazdów autokarem. Mecze kończyły się po południu, a ja siedziałem nieraz do pierwszej nocy i odpisywałem w internecie. I weź teraz odpowiadaj tak, żeby niczego nie ujawnić. Chyba mi się to udawało. Później powstał kanał Widzew TV, który zaczął odsłaniać kulisy z życia klubu i temat się uspokoił.

Da się być kibicem i pracownikiem klubu jednocześnie?

- Owszem. Niewiele osób wie jednak o specyfice pracy masażysty w klubie. Pewnej ważnej rzeczy nauczył mnie Wojtek Walda. Żałuję, że nie pracujemy już razem. Kiedyś powiedział mi, że masażysta musi być pomiędzy sztabem szkoleniowym a piłkarzami. Musisz zdobyć na tyle zaufania, żeby piłkarz był w stanie powiedzieć ci wszystko. Ale to nie koniec. Kiedy już coś ci powie, to ty będziesz musiał sam ocenić, co możesz powiedzieć lub powinieneś powiedzieć trenerowi, a co powinno zostać między tobą a piłkarzem. Wypracowałem takie podejście, że jeżeli czuję, że muszę przekazać coś sztabowi szkoleniowemu, to mówię danemu zawodnikowi wprost, że zamierzam to zrobić, bo jakaś informacja może mieć wpływ na cały zespół. Nie mam problemów z chłopakami. Przychodzą do mnie i gadamy na różne tematy.

Masażysta klubowym spowiednikiem?

- Można tak powiedzieć.

Na zaufanie pracowałeś latami, a pamiętasz swój pierwszy dzień w Widzewie jako pracownik?

- Treningi trwały wtedy od tygodnia. Z tego co pamiętam, zaczęły się jakoś w ostatni tydzień czerwca. Formalnie zacząłem pracę 1 lipca, ale to była niedziela. W klubie zjawiłem się następnego dnia. Jedną z pierwszych osób, jakie poznałem był Wojtek. Mówiłem do niego per pan. Uznałem to za naturalne. Dzieli nas przecież 28 lat. Natychmiast powiedział mi, żebym przestał tak się do niego zwracać. Początkowo było to dla mnie trudne. Nie miałem z tym kłopotu, ale pierwszy dzień to mnóstwo emocji. To w zasadzie wszystko, co zapamiętałem. Więcej wspomnień mam z wyjazdu na obóz do Wisły. To była mała walka. Jak tam się stawiłem, to nikt mi nie pomógł. Miałem po prostu nie przeszkadzać. Wiadomo, że przykładowo sprzęt i butelki z wodą noszą przeważnie młodsi w drużynie, ale też chciałem pomagać. Z czasem wywalczyłem sobie miejsce w tej grupie. Jak przychodziło do noszenia pewnych rzeczy, to w końcu je brałem. Czasem nawet nosiłem więcej niż inni. Zdałem sobie w tamtym momencie sprawę, że być może będzie trzeba bić się o każdą najmniejszą rzecz. Nie można odpuszczać. Skoro miałem tam pracować, to założyłem sobie robić tyle, ile się da. Jestem ślepy, ale to nie oznacza, że nie mogę przykładowo przygotować odżywek dla piłkarzy. Z czasem z Wojtkiem ogarnąłem temat. Pewnych rzeczy nie przeskoczę ze względu na brak wzroku, ale w tych sprawach Wojtek pomagał.

A jak przyjęli cię sami zawodnicy na twoim pierwszym obozie?

- Miałem przerąbane. Dostałem pokój dwuosobowy, ale byłem w nim sam. Wstawili mi dodatkowo stół do masażu. Większość piłkarzy przychodziło do mnie co chwila, żeby przetestować nowego masażystę. Pracowałem do pierwszej w nocy i padałem na łóżko. Nie miałem siły się wykąpać. Dopiero po dwóch godzinach spania szedłem pod prysznic. Dostałem ostro w kość.

Chrzest.

- Oj, zgadza się, ale to też nie tak, że nie byłem wśród swoich. Zaskoczyłem chociażby kierownika Tadeusza Gapińskiego. Któregoś dnia po obiedzie mieliśmy dwie godziny wolnego. Trenerem wtedy był Marek Kusto, a drugim - Krzysztof Surlit. W trójkę odpoczywali po jedzeniu przy recepcji. Zapytali mnie, dokąd idę. Dla mnie było oczywiste, że skoro mam chwilę przerwy, to idę na miasto. Lato, początek lipca - co będę siedział w hotelu? Pójdę na miasto, zjem loda. Kierownik nie dowierzał. Opowiadał mi później, że wyszedł za mną i patrzył, dokąd idę. Nie znałem Wisły, byłem tam pierwszy raz. Zapytałem pani w recepcji, jak dotrzeć na deptak. Zrobiłem mały wywiad i wyszedłem z hotelu. Po około półtorej godziny wróciłem. Kierownik czekał na mnie od dłuższego czasu w recepcji. Bał się chyba, że się zgubię, a potem wielce zdziwiony pytał mnie, jakim cudem kupiłem sobie w mieście loda. A sytuacja była po prostu taka, że słyszałem jakieś dziecko, które błagało mamę o to, żeby mu go kupić. Kobieta w końcu ustąpiła, a ja poszedłem za nimi.

Wy, ludzie widzący, często nie zdajecie sobie z pewnych rzeczy spraw. Pewne czynności wykonywałem systematycznie, dzięki czemu udało mi się przełamać barierę. Ze mną na żadnym zgrupowaniu nie było kłopotu. Dlatego przetrwałem w Widzewie tyle lat. Nikt mnie nie musiał gdziekolwiek prowadzać. Wystarczył mi jeden spacer po danym terenie i dalej radziłem sobie już sam. Potrafiłem wychodzić wieczorem albo rano i przejść się po ośrodku tak, żeby poznać każdy zakątek. Wychodziłem do sklepu, zarówno w Polsce, jak i na obozach zagranicznych. Abstrahując od moich umiejętności wynikających z zawodu masażysty, nie byłem dla drużyny ciężarem. Mogłem liczyć na pomoc w momentach, kiedy z czymś nie dawałem sobie rady.

Zawsze dobrze się orientowałeś czy dopiero po wypadku?

- Kiedy jeszcze widziałem, potrafiłem wejść do lasu i po kilku godzinach chodzenia wrócić w to samo miejsce. Skąd jednak miałem wiedzieć, jak moja przestrzenna orientacja sprawdzi się w sytuacji, kiedy stracę wzrok? Okazało się jednak, że jest lepiej niż dobrze. Chciałbym, żeby było jeszcze lepiej. Dlatego staram się być jak najbardziej samodzielny, chyba, że idę z kumplem albo bardzo mi się gdzieś spieszy. Wtedy pytam, w jakim kierunku iść do konkretnego miejsca, staram się do kogoś podczepić. Najważniejsza jest systematyka. To nie jest tak, że jak posiądziesz jakoś umiejętność, to już ją masz. Jeżeli jej nie ćwiczysz, to zwyczajnie ją osłabiasz.

Znasz wiele osób, które, tak jak ty, nie widzą. Czy ci ludzie próbują być aktywni chociaż w części jak ty?

- To bardzo zróżnicowane zagadnienie. Są osoby, które dają sobie radę doskonale w codziennym życiu, ale mają kłopot z tym, że nie widzą - na różnych płaszczyznach. Są z kolei tacy, którzy słabiej sobie dają radę, ale kłopotu nie odczuwają. Nikt nie jest doskonały, ale w kontekście niepełnosprawności, chcę radzić sobie w każdej dziedzinie. Mówiłem wcześniej, że nie chcę twierdzić, że czegoś nie umiem. Zamiast tego próbuję. Nie mam problemu z tym, żeby wsiąść w samolot i polecieć do Londynu, mimo że po angielsku nie mówię perfekcyjnie. Nikt po mnie nie wychodzi na lotnisko, a muszę przecież dotrzeć w określone miejsce. Wielu niewidomych tego nie zrobi. Ba! Niektórzy widzący mieliby z tym problem, bo nie wszyscy znają język. Utrata wzroku często ma podłoże genetyczne. Dzieci dziedziczą wady rodziców. Niestety, równie często wychowywane są przez to w duchu poprzedniej epoki. Utrwalana jest w nich roszczeniowa postawa. Wszystko im się należy.

Może wynika to też z systemu, w jakim przyszło im żyć?

- Drażni mnie pewien aspekt tego systemu, który spotkać można nie tylko u nas, ale i w innych krajach. Nie chcę usprawiedliwiać innych niewidomych, ale on „pozwala” im być mniej ogarniętymi w życiu. Otóż, przykładowo, mam zniżkę 50 procent na bilet w pociągu jako niewidomy pierwszej grupy. Osoba towarzysząca, czyli mój przewodnik, ma aż 95 procent, czyli prawie w ogóle nie płaci za przejazd. Gdzie tu jest jakakolwiek logika? Wielu niepełnosprawnych zmobilizowałaby zamiana tych zniżek przez ustawodawcę. Jak chciałbym, żeby ktoś mi towarzyszył, to przecież mogę mu opłacić wtedy bilet po niższej cenie. Nie wszyscy by z tego skorzystali, ale sądzę, że znalazłaby się grupa, która zostałaby zachęcona by zwiększyć swoją aktywność.

Totalnym absurdem była kiedyś sytuacja, kiedy pojechaliśmy do Borysewa na safari. Udaliśmy się tam we trójkę - ja, Michał Josviak i jeszcze jeden Michał. Pierwszy z Michałów miał legitymację prasową, więc wszedł bez opłaty. Zostaliśmy we dwóch przy kasie, po czym pani mówi do mnie, że zapłacę jako niepełnosprawny 10 złotych, a osoba towarzysząca wejdzie za darmo. Przecież ja i tak tych zwierząt nie zobaczę, a większość z nich była daleko od ogrodzenia, a kumpel widzi bardzo dobrze. To samo jest na Stadionie Narodowym. Mogę być na meczu reprezentacji za 80 złotych, z czego ja muszę zapłacić 79, a kumpel - symboliczną złotówkę. Oczywiście, my się potem podzielimy między sobą kosztami, ale kto to wymyślił?

Z jakim przekazem wychodzisz do osób, które znalazły się w takim samym położeniu jak ty?

- Moi rodzice nie potrafili zrozumieć mojego zachowania. Mam pewne obiektywne ograniczenia. Czasem jest mi trudniej. To nie uprawnia mnie jednak do bycia wyłącznie biorcą. Ja tylko nie widzę! Gdybym zwracał się do osoby niewidomej, powiedziałbym tak: „Pokaż coś sobą, że naprawdę zasługujesz na pomoc. Udowodnij, że nie pójdzie ona na marne. Spróbuj wyciągnąć z tego, co otrzymasz, pozytywną rzecz dla siebie na przyszłość. Nie na chwilowe zaspokojenie swoich potrzeb, tylko na coś trwalszego”.


Sponsor strategiczny Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Widzew Łódź - Polonia Warszawa 26.05.2018

Widzew Łódź - Polonia Warszawa 26.05.2018

Tabela rozgrywek

1 Widzew Łódź 69
2 Lechia Tomaszów Mazowiecki 67
3 Sokół Aleksandrów Łódzki 59
4 Polonia Warszawa 56
5 Kaczkan Huragan Morąg 48
6 Olimpia Zambrów 47
7 Świt Nowy Dwór Mazowiecki 46
Pełna tabela