Aktualności

Daniel Mąka: To była miłość od pierwszego wejrzenia

Trzy lata temu w meczu otwarcia nowego stadionu Widzewa zdobył bramkę, która przypieczętowała zwycięstwo czerwono-biało-czerwonych z Motorem Lubawa. Z tamtego zespołu widzewiaków jest jednym z nielicznych graczy, którzy do dzisiaj są w drużynie.

Z Danielem Mąką porozmawialiśmy nie tylko o tamtym spotkaniu i jego bramce, ale również o tym, jak odnalazł się na nowym stadionie, jak radził sobie w trakcie powrotu do zdrowia po kontuzji oraz jak obecnie wyglądają treningi piłkarzy Widzewa, gdy nie mogą wspólnie ćwiczyć z powodu zagrożenia koronawirusem.

widzew.com: Trenujesz już normalnie, jak reszta zespołu?

Daniel Mąka: Tak, wszystko jest już w porządku, jeśli chodzi o mój powrót do zajęć po kontuzji. Po meczu z Górnikiem Łęczna od poniedziałku byłem w pełnym mikrocyklu przygotowań do spotkania ze Skrą. Ćwiczenia zaliczałem bez bólu i w pełnym wymiarze czasowym. W sumie to była dla mnie zagadka. Nie wiedziałem jak będę się prezentował i czy to pozwoli mi wskoczyć do kadry meczowej.

Do niedawna mogliście trenować razem. Jak teraz wyglądają wasze indywidualne zajęcia?

- Można powiedzieć, że nie różnią się wiele od tego, co mieliśmy na przykład do zrobienia w rozpisce na przerwę zimową czy letnią. Mamy normalnie do wykonania codziennie dany zestaw ćwiczeń, w warunkach domowych i około domowych. Trzeba do tego sumiennie podejść i ćwiczyć według napisanego planu, bo tak naprawdę nie wiemy, kiedy może nastąpić ponowny start rozgrywek. Kto wykona rozpiskę rzetelnie, ten będzie miał przewagę nad innymi, gdy znowu zaczniemy grać. Dla mnie jest to dodatkowy czasowy bonus, żeby lepiej popracować nad nogą.

Jeszcze niedawno kibice i wy szykowaliście się do meczu ze Skrą. Potem okazało się, że zagracie bez kibiców, a ostatecznie spotkanie odwołano. Jak reagowaliście w zespole na te kolejne wiadomości?

- Nikt nie spodziewał się eskalacji związanej z rozprzestrzenianiem się wirusa. Na początku myślałem, że możemy zagrać przy pustych trybunach. Ale teraz uważam, że niech ten pierwszy raz, na przekór powiedzeniu, Polak będzie mądry przed szkodą, a nie po niej. Władze podjęły radykalne decyzje, ale moim zdaniem słuszne, jak słyszy się wiadomości z Włoch czy Hiszpanii.

Jesteś tym piłkarzem Widzewa, który po kontuzji obecnie najdłużej czeka na możliwość gry na boisku. W tym czasie przeszedłeś długą drogę od kontuzji do powrotu do treningów. Co twoim zdaniem jest najważniejsze w tym pierwszym okresie po tym, jak odniesie się tak poważny uraz?

- Są to dwie rzeczy. Pierwsza to niestawianie sobie określonego terminu powrotu na boisko. Po prostu nie znając tego tematu z doświadczenia, bo dotąd nie miałem takiej kontuzji, zakładałem, że to wszystko potrwa szybciej - na zasadzie, najpierw wyjmę nogę z gipsu, potem z buta ortopedycznego, potem rzucę w kąt kule i będę już mógł normalnie ćwiczyć. A tak nie było, bo na przykład kulałem dłużej niż sądziłem. Niektóre etapy rehabilitacji trwały po 6 tygodni, a nawyk przy chodzeniu na zasadzie pięta - palce - pięta - palce... mam w myślach non stop. Nawet teraz, gdy już normalnie chodzę.

A ta druga rzecz podczas leczenia kontuzji?

- Pozytywne nastawienie. Przecież od momentu kontuzji do wyjścia na trening z drużyną minęło cztery i pół miesiąca. Każdy etap takiej rehabilitacji jest ciężką robotą. Zarówno dla piłkarza, jak dla lekarzy i fizjoterapeutów. Sam mogę przyznać, że to jest tak, jak w codziennym życiu każdego człowieka. Masz dobry tydzień albo jeszcze dłuższy okres, ale trafiają się też te gorsze dni, kiedy wszystkiego się odechciewa. Bywały takie momenty, gdy przez kilka dni ćwiczyło mi się fajnie i myślałem, że już witam się z gąską i będzie coraz lepiej. Ale przychodził jeden dzień zwątpienia i wracałem do poprzedniego etapu zajęć. W takich momentach odpuszczali mi też nasi fizjoterapeuci, bo to byłoby zarówno złe dla mnie, jak i dla nich. Dlatego duża klasa i szacunek należą się Ewelinie i Hubertowi, że potrafili dostosować zajęcia do danego dnia. Można powiedzieć, że teraz znamy się jak łyse konie.

Nieprzypadkowo rozmawiamy dzisiaj, bo przecież dokładnie trzy lata temu drużyna Widzewa zagrała po raz pierwszy na nowym stadionie, a ty byłeś jednym z bohaterów tego meczu.

- Jak dla mnie, to już są bardzo odległe czasy, bo po drodze wydarzyło się wiele historii .Pamiętam, że wtedy nikt z drużyny tak naprawdę nie wiedział, z czym to się je, jeśli chodzi o grę na takim obiekcie i przy tak licznej publice. Dużo się o tym wtedy mówiło wśród kibiców i mediów, dlatego starano się nas od tego odciąć i pamiętam, że pojechaliśmy na takie mini zgrupowanie, żeby się odizolować. Waga tego wydarzenia była bardzo duża, o czym świadczyła nasza gra w meczu z Motorem Lubawa. Wygraliśmy 2:0, ale uważam, że to spotkanie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybyśmy zagrali je teraz, już mając doświadczenie gry na tym stadionie.

Dla ciebie to miłe wspomnienia, bo strzeliłeś wtedy gola.

- Udało mi się zdobyć bramkę na 2:0 i zapisać w historii klubu. Gram w Widzewie już czwarty sezon i jestem  bardzo dumny z tego, że mogę tu być. Gdy wtedy przez całą jesień graliśmy na wyjazdach lub na boisku SMS-u, nie zdawałem sobie sprawy jaki naprawdę jest potencjał klubu. Dopiero po otwarciu nowego stadionu zobaczyłem, jaka jest moc i popularność Widzewa. To była nagroda.

Trudno było się zadomowić na tym nowym stadionie?

- Powiem z perspektywy tego, co działo się z drużyną. Z tamtej zostałem tylko ja, Adam Radwański i Patryk Wolański, choć minęły tylko trzy lata. W tym czasie "przerobiłem" wielu piłkarzy w zespole. Mieli być wzmocnieniami, ale okazywało się, że nie byli. I to nie jest żaden zarzut wobec ich umiejętności. Po prostu nie każdy potrafił się odnaleźć na tym stadionie, od razu "odpalić" na boisku. Popularność i to, co się dzieje wokół klubu i drużyny, zainteresowanie kibiców i mediów - z tym nie każdy potrafił sobie od razu poradzić.

O tym wspominał też Daniel Tanżyna...

- Tak, przykład "Dixona" jest tu dobry, tym bardziej, że sam o tym mówił. Przychodził do nas z GKS-u Tychy jako jeden z najlepszych środkowych obrońców pierwszej ligi, ale tutaj nie potrafił się na początku "odkręcić". Też mu w tym nie pomogliśmy wtedy, bo gra drużyny jaka była, każdy widział. Teraz Daniel jest jednym z najlepszych w zespole. Podobnie było z Mateuszem Michalskim. Na początku gry w Widzewie nie wygrał rywalizacji o skład, ale potem był już podstawowym zawodnikiem. Gdy tak patrzę z mojej 4-letniej perspektywy gry w Widzewie, było kilkunastu piłkarzy którzy z marszu wskoczyli do składu i od razu to był strzał w "dziesiątkę".

W twoim przypadku chyba szybko odnalazłeś się na nowym stadionie, bo w pierwszych sześciu meczach strzeliłeś pięć goli.

- Można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, ze wzajemnością. Co mogłem, oddawałem klubowi i kibicom na boisku - tak jest do teraz. A ta seria na początku była bardzo dobra. Tamten sezon miałem fajny, bo strzeliłem 17 goli. Potem, patrząc na moje statystyki, można powiedzieć, że miałem tendencję spadkową. Jednak z perspektywy czasu mogę to porównać i powiedzieć, że to ostatnie pół roku za trenera Marcina Kaczmarka było dla mnie najlepsze w Widzewie, jeśli chodzi o jakość mojej gry i wykonywanie zadań na boisku. Mimo średnich statystyk robiłem, moim zdaniem, dobrą robotę na boisku. Poza tym obrałem trochę inna drogę od nowego sezonu, bo przyszli zawodnicy mega doświadczeni i wzięli też odpowiedzialność na swoje barki, a ja mogę pracować w większej ciszy i spokoju, niż przez te pierwsze 3 lata. Bardzo dobrze się w tym czuję i odnajduję.

Czy stadion to ważne miejsce dla piłkarza i ma to znaczenie, gdzie gra i przebywa na co dzień?

- To najważniejsza sprawa mieć swój dom, czyli naszą szatnię. Miejsce, gdzie nie może wejść każdy i gdzie panują pewne zasady i porządek. Wcześniej, gdy jeszcze nie było nowego stadionu, trenowaliśmy na Kalonce, w Zgierzu lub przez pewien czas non stop w Gutowie, gdzie nie było mowy o swojej szatni. A to jest bardzo ważna sprawa, że masz obok salkę do treningów, pokój fizjoterapeutów, a w szatni własne szafki i na przykład stolik na to, żeby zrobić sobie kawę. Szatnia Widzewa ma duży metraż, co daje nam trochę swobody, bo różnie to wygląda na innych stadionach. To całe zaplecze pokazuje też nam, w jakim miejscu obecnie się znajdujemy jako piłkarze. Należy to doceniać.

Jakie są największe plusy obecnego stadionu Widzewa?

- Akustyka jest na nim bardzo dobra. Podoba mi się, jak trybuny są zapełnione kibicami, którzy nas dopingują. Miałem już okazję oglądać mecze Widzewa z perspektywy trzech trybun i z każdej były dobre warunki do oglądania gry drużyny.

A co byś zmienił na stadionie?

- Pewnie jakieś techniczne mankamenty są, ale od tego są administratorzy stadionu, żeby je usuwać lub naprawiać. Nie jestem architektem, więc nie będę się na ten temat wypowiadał. Dla mnie liczy się zielona, dobra murawa. I na tym się skupiam. Akurat na Widzewie piłka bardzo dobrze chodzi po boisku.

To kiedy zobaczymy ciebie ponownie na boisku?

- Oby jak najszybciej, chociaż to nie jest zależne ode mnie. Podczas powrotu do zdrowia miałem wiele sygnałów od kibiców, którzy czekają na mnie i chcą mnie zobaczyć znowu w grze. To mnie napędza do tego, żeby dobrze się przygotować na ten powrót. Wracam do gry w piłkę. Do zobaczenia!


Sponsor strategiczny Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Trening na stadionie 20.05.2020

Trening na stadionie 20.05.2020

Tabela rozgrywek

1 Widzew Łódź 47
2 Górnik Łęczna 42
3 GKS Katowice 41
4 Resovia 41
5 Olimpia Elbląg 36
6 Bytovia Bytów 33
7 Błękitni Stargard 31
Pełna tabela