Aktualności

Całe środowisko piłkarskie czeka na powrót Widzewa - rozmowa z Markiem Citko

Jedna z ikon Widzewa lat dziewięćdziesiątych w szczerym wywiadzie z okazji 20-lecia zdobycia mistrzostwa Polski i awansu do Ligi Mistrzów opowiada o czasach spędzonych w klubie z Alei Piłsudskiego i rozwiewa wiele wątpliwości.

W niedzielę minie 20 lat od pierwszego w pana karierze tytułu mistrza Polski. Jak w ogóle doszło do tego, że trafił pan do Widzewa? Przygodę z poważną piłką rozpoczynał pan w Jagiellonii, która miała naprawdę niezłą pakę młodych, utalentowanych piłkarzy.

- Powoli każdy właśnie wyjeżdżał. Daniel Bogusz był już wtedy w Widzewie i to chyba właśnie od niego otrzymałem pierwszą informację, że w Łodzi może pojawić się mój temat. Później zadzwonił trener Smuda i powiedział, żebym się pakował i przyjeżdżał. Rozegrało się to błyskawicznie.

Nie było w młodości ryzyka, że zamiast piłką nożną zajmie się pan handlem? W jednym z materiałów na pana temat przeczytałem, że miał pan do tego predyspozycje, co potwierdziły pewne niemieckie i białoruskie przygody, w tym przemyt papierosów!

- Był może gdzieś w szkole podstawowej taki moment, w którym zastanawiałem się nad karierą handlowca (śmiech). Ale to bardziej kwestia anegdot. Tak naprawdę zawsze chciałem grać w piłkę nożną i w pewnym momencie wszystko na to postawiłem. Stąd brała się dobra forma i fakt, że wpadłem w oko trenerowi Smudzie. Po jego telefonie nie zastanawiałem się długo, spakowałem rzeczy i zaraz siedziałem w pociągu do Łodzi.

Oferta z Widzewa była z tych z gatunku nie do odrzucenia? Nie tylko RTS się panem interesował już w Jagiellonii.

- Jakieś zainteresowanie się pojawiało, ale tak naprawdę liczył się tylko Widzew. Po pierwsze, rozmowa z trenerem Smudą była bardzo konkretna, po drugie miałem już w drużynie kolegę. Dla mnie to była super propozycja, związana z grą w ekstraklasie, w klubie walczącym o najwyższe cele.

Podjęcie w wieku 21 lat wyzwania i przejście do ambitnego wówczas już wicemistrza Polski każe wnioskować, że nie bał się pan ryzyka. Z jakim nastawieniem przychodził pan wtedy do mającego mocarstwowe plany Widzewa?

- Nie, nie bałem się nigdy. Nie myślałem jednak o przeciwnikach czy o konkurencji. Cieszyłem się, że dostanę szansę. Wierzyłem we własne umiejętności, byłem pewny swego. Czułem dodatkowy impuls do jeszcze lepszego trenowania i grania związany z tym, że przechodzę do tak dobrego klubu. To mi siedziało w głowie. Chciałem pokazać w Łodzi pełnię swoich umiejętności.

Miejsce w podstawowym składzie wywalczył pan błyskawicznie. W 8. kolejce pojawił się pan na boisku w 63. minucie meczu z Pogonią Szczecin. Każdą kolejną potyczkę ligową rozpoczynał pan już w wyjściowym składzie. Z pana perspektywy trudno było się wtedy przebić w Widzewie?

- Jak widać, nie było to trudne (śmiech). Pamiętam zresztą taką historię, że miałem jechać do Widzewa, ale kluby dalej się między sobą dogadywały, a ja w tym czasie rozegrałem jeszcze jakiś, ostatni już wtedy, mecz w Jagiellonii i dostałem reprymendę od trenera, że ryzykowałem kontuzją.

Wszedłem w meczu z Pogonią, przy fajnej atmosferze. Rozkręciłem trochę ofensywę, byłem w formie i po tym występie wskoczyłem już faktycznie na stałe do pierwszego składu. W każdym moim występie starałem się grać ładnie dla oka, ale też przydatnie dla drużyny.

Debiut pamiętam doskonale. Zaraz po wejściu udał mi się fajny zamach, później wyszło mi kilka naprawdę dobrych podań. Wzbudzałem tym euforię na trybunach i to nakręcało mnie jeszcze bardziej, zachęcało, żeby pokazać kibicom cały repertuar swoich zagrań. Może stwierdzeniem na wyrost byłoby, że fani Widzewa od razu się we mnie zakochali, ale czułem, że daję im swoją grą dużo radości. Po tym meczu poczułem się jeszcze pewniej. Zawsze, jak wychodziłem na boisko, chciałem pokazać się z najlepszej strony i nigdy nie było tak, żebym się czegoś obawiał lub żeby stres pętał mi nogi. Było wręcz odwrotnie. Im większa stawka, tym ja bardziej ja się nakręcałem.

Widzew rozegrał znakomity sezon, nie przegrywając ani jednego meczu w lidze, ale kluczowe było wyjazdowe starcie z Legią, w któ®ym Widzew pokazał charakter, odrabiając straty. Czuliście wtedy, na trzy kolejki przed końcem sezonu, że nie wypuścicie już mistrzostwa z rąk?

- Dokładnie tak. Wiedzieliśmy, że idziemy z Legią łeb w łeb i mieliśmy świadomość, że ten mecz na Łazienkowskiej będzie o wszystko. Straciliśmy pierwsi bramkę, ale w niejednym meczu udowadnialiśmy, że gramy do końca. Dlatego wierzyliśmy, że uda nam się stratę odrobić. Po zwycięstwie mieliśmy już przewagę punktową, więc wiadomo było, że po tylu meczach bez porażki nic złego stać się nam teraz nie może. Mistrzostwo zdobyliśmy zresztą jeszcze przed ostatnią kolejką, ale trener uczulał nas, żebyśmy nie dali się do końca sezonu pokonać.

Mistrzostwo fetować mogliście u siebie, po meczu z Zagłębiem. Pamięta pan coś z tamtych wydarzeń? Uczucia jakie towarzyszyły panu i zespołowi w chwili, gdy na oczach tysięcy swoich kibiców zostaliście mistrzami? Jak świętowało się mistrzostwo Polski 20 lat temu?

- To były na pewno fajne czasy. W pierwszym moim sezonie w Widzewie nie zaznałem goryczy porażki. Dobra gra w Łodzi była trampoliną do reprezentacji. Liga, Puchar Polski, kadra - tak szybko to leciało. Zakończenie było super. Potem mieliśmy chwilę wakacji i rozpoczynaliśmy walkę o Ligę Mistrzów. Po ostatnim meczu ligowym trochę się oczywiście pobawiliśmy. Był czas na zabawę, później chwila na odpoczynek, powrót do klubu i dalej ciężka praca.

Eliminacje Ligi Mistrzów z Broendby to już prawdziwy horror w Danii. Jak przekonywał was w szatni trener Smuda, że ten mecz można jeszcze odwrócić?

- Pamiętam nastroje po pierwszym meczu, wygranym u nas 2:1. Wiedzieliśmy już wtedy, że rywal nie jest jakimś wielkim przeciwnikiem. W rewanżu do przerwy przegrywaliśmy - co prawda - 0:2, ale byliśmy przekonani, że da się to odwrócić. Nie było mowy o panice czy dramacie. Na pewno pojawił się smutek, ale każdy koncentrował się na tym, żeby było lepiej. Spodziewaliśmy się, że ten mecz będzie łatwiejszy, a jednak ta Liga Mistrzów gdzieś nam uciekała i nie trzeba było nikogo dodatkowo w takiej sytuacji motywować. Wiedzieliśmy, co mamy robić. Zaraz po przerwie dostaliśmy jeszcze jeden dzwonek - na 0:3 - ale wiedzieliśmy, że musimy zagrać inaczej, zaatakować, wyjść odważniej. I udało się, choć horror był do końca. Po bramce na 1:3 czuliśmy, że pójdziemy za ciosem. Kolejnego gola zdobyliśmy nie w doliczonym czasie, jak często nam się to zdarzało, ale wcześniej, więc kilka minut jeszcze zostało, ale dowieźliśmy, mimo wielkich nerwów, korzystny wynik do końca. Przed rewanżem wiedzieliśmy, że powinniśmy dać sobie radę, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie tak trudno i, że będą takie emocje. W przerwie chcieliśmy bardzo szybko wyjść z szatni i wrócić na boisko, żeby pokazać, że ten awans nam się należy.

Czy prawdą jest, że w przerwie do szatni wpadł wściekły prezes Grajewski i bez owijania w bawełnę wyraził swoje niezadowolenie z wyniku?

-  Coś tam krzyczał. Faktycznie trochę panikował, ale my sami wiedzieliśmy, że to nie jest przeciwnik, którego mamy się bać. Coś poszło nie tak, pojawiły się błędy indywidualne w obronie, ale po przerwie na murawę wróciła zupełnie inna drużyna. Atakowaliśmy, wykorzystaliśmy sytuacje, które sobie stworzyliśmy i to było to. Grajewski po pierwszym meczu wiedział, że awans do Ligi Mistrzów to zupełnie inny świat i w przerwie w Danii spanikował, że nie uda się do tego raju dostać. Rzeczywiście krzyczał wtedy, że jeżeli nie awansujemy to tej drużyny już nie będzie. Ale on zawsze krzyczał…

Pana bramka przywróciła wiarę zespołowi. Ale powtórki pokazują, że nie cieszył się pan z tego zbytnio, na pewno z uwagi na fakt, że do awansu wciąż było daleko. Czuł pan, że to może być przełomowy moment meczu?

- Nie cieszyłem się, bo wiedziałem, że ta bramka nic nam mnie daje i trzeba szybko brać piłkę, żeby walczyć o następnego gola. Ale pamiętam doskonale jak Radek Michalski uciekł skrzydłem. Poszedłem za akcją i czekałem na dogranie, a jak już się doczekałem to technicznym uderzeniem ominąłem bramkarza. Taki był nasz plan po przerwie. Bierzemy się za odrabianie strat, ale cieszymy się dopiero jak zdobędziemy bramkę, która da nam awans. Gdy to się udało, radość była naprawdę wielka - zarówno na boisku, jak i na ławce trenerskiej. Wszyscy oszaleli ze szczęścia. Wiedzieliśmy, że jeszcze kilka minut gry do końca i już nie pozwolimy sobie wydrzeć z rąk tego awansu.

Która strzelona przez pana bramka jest pana ulubioną i dlaczego ta z Atletico? Oczywiście żartuję, ale strzelał pan bramki, które zapadały w pamięć. Z którego gola jest pan najbardziej dumny? Który przywołuje najmilsze wspomnienia?

- Rzeczywiście, miałem to szczęście, że strzelałem bramki historyczne, które albo miały olbrzymie znaczenie albo były wyjątkowej urody. Starałem się grać troszeczkę pod publiczkę, dla kibiców. Na pewno bardzo ważna była właśnie ta bramka z rewanżu z Broendby, bo ona dała nam nadzieję i ważny komfort psychologiczny. Przeciwnik nie widział, co robić: atakować czy bronić wyniku? My z kolei nie mieliśmy nic do stracenia, więc dla nas droga była tylko jedna. Jeśli chodzi o najładniejszą bramkę to bezdyskusyjnie był to gol strzelony Atletico, bo to był taki majstersztyk, sam pomysł i wykonanie dały mnóstwo satysfakcji. Historyczna była z kolei bramka na Wembley z Anglią, bo Polska wiele lat czekała, by pokonać tam bramkarza gospodarzy.

Kibice na pewno pamiętają mnie głównie z tych dwóch bramek, z meczu z Atletico i z Webley, ale też Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów strzeliłem. Nie byłem może bramkostrzelnym zawodnikiem, ale starałem się robić jak najwięcej szumu i jak już miałem okazję to robiłem wszystko, żeby trafić.

W kontekście bramki z Atletico ostatnio Andrzej Michalczuk w wywiadzie dla naszej strony zdradził, że śmialiście się z nim przed meczem, że przelobuje pan Molinę. Czekał pan od początku spotkania na ten jeden, właściwy moment? Na treningach dużo takich prób pan podejmował?

- Koledzy z zespołu wiedzieli, że na boisku mam różne pomysły. Strzelałem z dziwnych miejsc i sytuacji. Mogli się po mnie wszystkiego spodziewać. Ale jeśli chodzi o Molinę to faktycznie oglądaliśmy jego mecze, wiedzieliśmy jak się zachowuje. Podświadomie zakładałem, że jak będzie okazja to trzeba jego błąd wykorzystać, bo wychodził często wysoko, żeby przerywać gdzieś tam przed polem karnym piłki. Pamiętam, że zostało mi w głowie to, że on lubi wychodzić i że jak będzie okazja, powinienem z niej skorzystać.

Nominalnie był pan napastnikiem. Tak jak sam pan już jednak wspomniał, nigdy nie był pan raczej typowym "goleadorem", jak np. Marek Koniarek. Gdzie na boisku czuł się pan najlepiej i jak opisałby pan swoją boiskową rolę?

- Nie byłem typowym napastnikiem, bo nie umiałem stać w "szesnastce" i czekać na kolegów. Moją rolą było tworzenie sytuacji. Schodziłem na lewo czy prawo, robiłem przewagę i podawałem. Dlatego  u nas napastnikiem do wykańczania akcji był właśnie Marek Koniarek, który właściwie tylko to potrafił. On nie miał innych zadań, bo nie umiał ani dryblować, ani podawać (śmiech). Ale jedno, co go wyróżniało, to właśnie ta niesamowita skuteczność. Ja byłem takim drugim napastnikiem, który jak była okazja to oczywiście strzelał, jednak głównie miał rozbijać obronę przeciwnika, tworzyć okazje i stwarzać przewagę. Ja to zresztą wolałem. Bardziej cieszyło mnie samo wykreowanie akcji, w której ktoś mógł trafić do pustej bramki niż dostawienie nogi na końcu. A bramki, które strzelałem, wynikały z tego, że musiałem gdzieś tam uwolnić się od napastnika i samodzielnie wykończyć akcję. Nie byłem na pewno zawodnikiem, który stoi i czeka, aż wszystko zrobi za niego kolega. Starałem się sam generować zagrożenie.

Drugi sezon w Widzewie to spełnienie europejskiego snu i gra między innymi z późniejszym zdobywcą Pucharu Ligi Mistrzów. Czy była po sezonie dodatkowa satysfakcja, że to Borussia wygrała Champions League?

- Na pewno mieliśmy małą satysfakcję, że graliśmy z nimi jak równy z równym. Do wyjścia z grupy zabrakło chyba właśnie doświadczenia pucharowego. I w pewnym momencie ławki rezerwowych. Stąd ta malutka satysfakcja, że ta Borussia, której strzeliliśmy w sumie trzy bramki, i z którą nie powinniśmy ani na wyjeździe przegrać, ani u siebie zremisować, sięgnęła po puchar. To nie było tak, że się broniliśmy i wybijaliśmy po autach. Wstydu nie przynieśliśmy, a śmiem twierdzić, że w tym dwumeczu z drużyną z Dortmundu faworyta nie było.

Koniec 1996 roku to pożegnanie z Ligą Mistrzów, a początek przyszłego, choć dla Widzewa piękny, zakończony mistrzostwem, dla pana dramatyczny. Problemy zdrowotne zaczęły się chyba jeszcze na długo przed felernym meczem z Górnikiem (17 maja 1997 roku, podczas meczu z zabrzanami, Marek Citko doznał kontuzji zerwania ścięgna Achillesa)?

- Całe to zło zaczęło się w styczniu, w okresie przygotowawczym do rundy wiosennej. Wtedy zacząłem odczuwać bóle i tak naprawdę trochę się leczyłem, a trochę grałem, bo intensywność spotkań i treningów była bardzo duża. Doszła przecież wtedy reprezentacja, więc praktycznie nie było czasu na przerwę czy odpoczynek. Trenerzy chcieli, żebym grał w klubie i kadrze. Doszedł do tego nie do końca dobry sposób leczenia, ale taka była wtedy medycyna. W efekcie ten Achilles nie wytrzymał, bo tak jak rozmawialiśmy wcześniej, przychodząc do Widzewa niemal od początku grałem w każdym meczu 90 minut, a cały ten czas trzeba było szarpać, bo chcieliśmy wygrać każde spotkanie.

Nie żałował pan wtedy, że nie jest piłkarzem Blackburn Rovers?

- Nie, bo ja nigdy nie chciałem do Blackburn odchodzić. Byłem zbyt młodym zawodnikiem, żeby iść do drużyny, która walczy o utrzymanie, zwłaszcza że miałem 6-7 lepszych ofert. Wiadomo, gdybym wiedział, że trafi mi się taka kontuzja, to odszedłbym nawet do Blackburn, ale w tych kategoriach nigdy nie myślałem. Takie spekulacje nie miały racji bytu, zwłaszcza że chciałem osiągnąć coś więcej. W wieku, jakim wtedy byłem, nie mogłem patrzeć na pieniądze, tylko na rozwój sportowy i chciałem grać o najwyższe cele, tym bardziej że właśnie posmakowałem Ligi Mistrzów. Dlatego interesowała mnie drużyna, która też co najmniej o tę Ligę Mistrzów walczy.

Faktycznie był pan na testach w Blackburn, ale tak łatwo radził pan sobie na treningach z rywalami, że postanowił odrzucić ofertę?

- Tak. Ogólnie rzecz biorąc, od początku nie brałem Blackburn na poważnie. Pojechałem tam na prośbę prezesów, Widocznie obiecali komuś, że przyjadę, dlatego się tam ostatecznie zjawiłem. Umówmy się, zawodnik, który ma kosztować 9 milionów euro, nie wychodzi na trening z drużyną. Ja jednak nie widziałem w tym problemu, wyszedłem na zajęcia i rzeczywiście poziom piłkarski, który tam zastałem, nie był zbyt wysoki. Chciałem pokazać się w swoim stylu, zrobiłem kilka zamachów, kilka zwodów, co sprawiło tylko, że sytuacja stała się jeszcze bardziej nerwowa, bo po tych treningach klub i prezesi jeszcze bardziej się napalili, a ja ciągle mówiłem "nie".

A co z innymi ofertami? Nikt nie chciał zapłacić tyle co Blackburn?

- To były zupełnie inne czasy. Ktoś tam zgłaszał się do klubu, ale jak się później okazało, klub o wszystkim mi nie mówił. Dowiedziałem się o tym po czasie. Wiedziałem tylko, że jakieś propozycje są, ale rzeczywiście nikt nie dawał takich pieniędzy jak Blackburn. Pojawiały się ponoć kwoty z przedziału 3-5 milionów, ale na tle najwyższej oferty było to zdecydowanie za mało.

Czy jako menedżer namawiałby pan wtedy siebie do wyjazdu z Polski?

- Do Blackburn nie. Przede wszystkim jednak nie dopuściłbym nigdy, żeby zawodnik grał z niedoleczoną kontuzją. To jest podstawa. Jeśli piłkarz ma problemy to musi wyleczyć się do końca - czy trwać to będzie trzy, czy więcej tygodni, nie może ryzykować. Zawodnik, który gra z kontuzją, nie daje z siebie stu procent i dodatkowo cierpi.

Czy w pana przypadku nacisk ze strony prezesów czy trenerów był tak duży, że nie można było odmówić? Czy jednak pan sam też chciał grać i nie dopuszczał do siebie myśli o opuszczeniu choćby jednego meczu?

- Ja oczywiście też chciałem, bo nie byłem świadomy zagrożenia. Chciałem grać do granicy bólu, ale nie wiedziałem, że lekarz dał mi blokadę. I to była główna przyczyna, która doprowadziła do zerwania Achillesa. Gdybym wiedział, że to była blokada i oszukuję swój organizm, nie grałbym. Myślałem jednak, że dostaję lek, który ma mi pomóc. Bólu więc nie czułem, ale ścięgno wreszcie nie wytrzymało.

Wrócił pan po kontuzji do Widzewa i zapracował nawet na transfer do Legii. Do dawnej świetności czegoś jednak brakowało.

- Z perspektywy czasu wiem już, że byłem wtedy bez szans. Po takiej przerwie powinienem minimum pół roku odbudowywać mięśnie. Na to nie było czasu, bo każdy chciał, żebym jak najszybciej wrócił do gry. Wróciłem więc na boisko, ale zupełnie bez szybkości, odejścia na pierwszych 2-3 metrach. To były męczarnie. Gdzieś tam nadrabiałem techniką, ale na pewno nie byłem tym zawodnikiem, co kiedyś. Nigdy tak naprawdę nie miałem czasu odbudować mięśni w stu procentach.

Czyli głównym problemem były kwestie fizyczne? Psychika pana nie blokowała po tak długim rozbracie z piłką i olbrzymim ciężarem oczekiwań?

- Później w Szwajcarii miałem sporo dobrych meczów. Ci ludzie nie pamiętali mnie sprzed kontuzji, więc inaczej oceniali moją grę. W Polsce zawsze oceniany byłem przez pryzmat tego, co prezentowałem w początkach gry w Widzewie. W takich krajach jak wspomniana Szwajcaria czy Izrael nikt wcześniej o mnie nie słyszał i nie miał pojęcia o mojej wcześniejszej formie. W obu tych krajach grałem wszystkie mecze i kluby chciały mnie na dłużej. W Polsce po kontuzji nie miałem jednak tej szybkości, co wcześniej. Zdarzały mi się jednak też dobre mecze, a w Legii kibice wybrali mnie piłkarzem rundy jesiennej. Miałem dobre akcje, strzelałem fajne bramki, mówiło się nawet o moim powrocie do reprezentacji Polski. Więc mimo że nie miałem odbudowanych mięśni, nie wyglądało to tak źle. Ale główną przyczyną tego, że nie wróciłem do dawnej gry był brak odpowiedniej rehabilitacji i odbudowania organizmu.

Pana odejście z Widzewa odbiło się w Łodzi szerokim echem. Ciężko było podjąć decyzję o przenosinach do znienawidzonego przez kibiców klubu? Wcześniej to Widzew wyciągał z Legii najlepszych piłkarzy, a tu nagle, niemal w jednym momencie, do Wojskowych odeszły dwie ikony Widzewa lat 90-tych: Tomasz Łapiński i Marek Citko.

- Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że w czasie leczenia kontuzji byłem zupełnie sam. Zdany byłem tylko na siebie. Poczułem na własnej skórze, że jak ktoś dobrze gra to jest chwalony, a jak ma problemy zdrowotne - nikt mu nie pomoże, jak sam się sobą nie zajmie. Wiedziałem też mniej więcej, co się dzieje w klubie, z którego wszyscy w tym czasie odchodzili. Zanosiło się na to, że zaraz nie będzie ani pieniędzy, ani piłkarzy. Dochodziła do tego osoba trenera Smudy, który przenosił się do Legii. Na ten transfer składało się więc kilka elementów. Widzew w tym czasie pozbywał się najlepszych piłkarzy. Chciał ich za wszelką cenę sprzedać, żeby dostać jakiekolwiek pieniądze. Co istotne, mi w Łodzi nikt nie proponował nowego kontaktu, nic z tych rzeczy. Dlatego wiedziałem, że prędzej czy później zostanę na lodzie. Istotny był też aspekt osobisty, moja przyszła małżonka pochodziła z Sulejówka pod Warszawą. Dlatego opcja z Legią wydawała się najlepsza, bo mogłem być blisko narzeczonej, pracować z moim trenerem Smudą i grać w klubie, który walczył o najwyższe cele. Zależało mi, żeby iść do dobrego zespołu.

Rozumiem żal kibiców, ale też kibice muszą zrozumieć moją sytuację. W pewnym momencie obiecałem fanom, że nie odejdę z Widzewa, mimo że miałem miliony do zarobienia. Chciałem tego słowa dotrzymać i tak wtedy było. Przez kontuzję straciłem prawie dwa lata życia. Kibice nie dadzą mi na chleb. Nikt się wtedy tak naprawdę nie martwił czy mam za co żyć, czy mam odpowiednią opiekę. Wiedziałem, że muszę myśleć o swojej przyszłości, o zabezpieczeniu się na resztę życia, bo piłkarz gra kilkanaście lat, a musi mieć w głowie następne pięćdziesiąt.

Tak jak wspominałem, główną przyczyną było jednak to, że klub pozbywał się wszystkich zawodników i tak naprawdę za moment nikogo by w nim nie było. Poza tym, gdyby klub bardzo chciał to byłby w stanie mnie zatrzymać, ale nie dostałem żadnego znaku, że Widzewowi w tym czasie na mnie zależy. Wręcz przeciwnie, działacze cieszyli się, że jest chętny na kupno.

Od miłości do nienawiści jest bardzo blisko. Im bardziej ktoś kogoś kochał, tym trudniej przeżywa potem rozstanie. Po kontuzji byłem trochę mądrzejszy życiowo. W trudnych momentach człowiek liczyć może tylko na siebie, więc i ja po tym urazie myśleć musiałem bardziej o sobie.

Modne kiedyś było powiedzenie, że "nikt nie da ci tyle, ile Widzew obieca". Czy w Łodzi faktycznie w pewnym momencie graliście za wirtualne pieniądze?

- Na pewno był taki czas, że tych pensji nie było. Widzieliśmy, że każdy odchodzi, a klub nie płaci pieniędzy, więc wszyscy zdawali sobie sprawę czym to pachnie. Każdy szukał okazji, żeby gdziekolwiek zakotwiczyć, bo musiał myśleć o sobie i o swoich najbliższych. To nie było tak, że dobrze nam płacili, a my chcieliśmy jeszcze więcej. U mnie akurat trafiło na Legię, ale jakby narzeczona pochodziła spod Krakowa, a Smuda by tam poszedł (była nawet przez moment taka opcja), to ta nienawiść kibiców Widzewa pewnie byłaby mniejsza gdybym poszedł do Wisły czy do Górnika albo jeszcze innego klubu. Na pewno nie było jednak tak, że z Widzewa piłkarze odchodzili, bo chcieli zarabiać więcej. Chcieli zarabiać cokolwiek, a mieli świadomość, że za moment w Widzewie będzie bardzo źle.

Jak sam pan mówi, do Legii poszedł pan za trenerem Smudą. Czy to był najważniejszy trener w pana życiu? Skąd brał się jego fenomen w tamtych latach? Miał taką moc czy po prostu trafił na wyjątkową grupę ludzi?

- Na pewno miał charyzmę. Wprowadzał też nowinki do polskiej ekstraklasy: podwójne krycie, przesuwanie, pressing. Do tego dochodziła pewność siebie i odwaga. W Widzewie Smuda spotkał piłkarzy, którzy też mieli odwagę i byli ambitni jak on, nastawieni na osiągnięcie czegoś w życiu. Dla mnie na pewno był tym najważniejszym trenerem, bo z nim osiągnąłem największe sukcesy, czyli dwa mistrzostwa Polski i awans do Ligi Mistrzów. Dzięki niemu trafiłem do reprezentacji.

Właśnie, trafił pan do drużyny narodowej budowanej na medalistach olimpijskich z 1992 roku w Barcelonie. Czy seniorska polska piłka nie była wtedy gotowa na sukces? Nie sądzi pan, że to pokolenie znakomitych piłkarzy wspartych utalentowaną młodzieżą, z panem na czele, zostało zmarnowane?

- Kadra miała na pewno potencjał. To była ciekawa mieszanka młodości i doświadczenia. Zabrakło trochę szczęścia. Zwycięstwo z Anglikami dałoby trochę więcej pewności siebie zawodnikom i mielibyśmy przede wszystkim więcej punktów. Później u siebie zremisowaliśmy z Włochami, w meczu, który też mogliśmy wygrać. Jakby ten łut szczęścia nam pomógł to nasza sytuacja wyglądałaby dużo lepiej, a tak w grupie z Anglią i Włochami zajęliśmy trzecie miejsce.

Wydaje się, że reprezentacja Polski w końcu może zagrać na miarę oczekiwań na dużym turnieju i dotrzeć do fazy pucharowej Euro 2016. Jak pan ocenia tę kadrę i jej szanse we Francji?

- W końcu mamy zawodników, którzy grają w dobrych klubach w Europie. Trochę martwi mnie, że nie mamy stabilnej obrony i środkowych pomocników. Tu upatrywałbym największą naszą bolączkę, bo napad, skrzydła i bramka obsadzone są na dobrym poziomie. Nie mamy wielkiego, światowego zespołu, ale dysponujemy na pewno solidną drużyną, która może sprawić niejedną niespodziankę. Ciągle musimy jednak podchodzić do tego pokornie. Nie możemy pompować balonika. Czasami jedna, dwie porażki sprawiają bowiem, że wszyscy odwracają się w drugą stronę. Drużyna jest na pewno fajna, dobrze się ogląda jej grę. Nawet jak przegrywa to walczy. To jest najważniejsze, że nie musimy się jej wstydzić nawet jak przegrywa. To istotna zmiana. Poza tym ekipa Adama Nawałki jest nieobliczalna i może pokonać każdego przeciwnika w Europie.

Mimo wielu lat bez znaczących sukcesów moda ma piłkę nożną nie ustaje. Siatkarze zdobywają mistrzostwo świata, piłkarze ręczni są trzecią drużyną świata, ale to jednak Arłamów przeżywa niesamowite oblężenie podczas zgrupowania kadry, a za kosmiczne kwoty można zamieszkać w tym samym hotelu co reprezentacja i chętnych nie brakuje. Skąd to się bierze?

- To jest siła piłki nożnej. Co więcej, widać w kibicach głód sukcesów reprezentacji. Mamy wielkie indywidualności plus styl, którego - jak wspominałem - nie musimy się wstydzić. Jest walka, jest agresywność, jest pomysł na grę. Z piłką nożną żadna inna dyscyplina w Polsce nie może się mierzyć.

Pan też kiedyś sprawił, że cała Polska zwariowała na punkcie piłki nożnej. Na wielu podwórkach dzieciaki ganiały w koszulkach z Bakomą na klacie i nazwiskiem Citko na plecach. Został pan wybrany sportowcem roku w roku olimpijskim, pokonując złotych medalistów igrzysk. Istne szaleństwo.

- Z perspektywy czasu widzę, że jednak ciężko porównywać indywidualne dyscypliny ze sportami drużynowymi. W sportach indywidualnych jest łatwiej, bo człowiek uzależniony jest tylko od siebie. Zupełnie inaczej niż w zespole. Nawet parę miesięcy temu przekomarzaliśmy się ze Zbyszkiem Bońkiem, który wypominał mi, że nie byłem na żadnej większej imprezie, więc musiałem mu przypomnieć, że on miał lepszych partnerów. Ja za swoją grę wstydzić się nie musiałem. Miałem jednak trochę słabszych partnerów i może dlatego nie udało mi się pojechać na żadne mistrzostwa. Dobrym przykładem może być Cristiano Ronaldo, który w klubie wygrywa wszystko, ale w reprezentacji, z innym zespołem tak dobrze już mu nie idzie.

Na początku "citkomania" jakoś mocno mi nie przeszkadzała. Cieszyłem się, że daję ludziom trochę radości, byłem cierpliwy, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że to już nie są żarty i muszę się ukrywać, żeby spokojnie przejść z miejsca do miejsca. Zabierało mi to sporo czasu. Także bywało to rzeczywiście męczące, ale nigdy nie narzekałem. Z perspektywy czasu, jak zacząłem czytać wycinki z prasy, dotarło do mnie, jakie to było niesamowite szaleństwo i zrozumiałem jak doszło do tego, że zostałem w 1996 roku sportowcem roku, wygrywając z mistrzami olimpijskimi. Uświadomiłem sobie, jakie emocje dawałem wtedy sporej grupie kibiców.

Jest pan agentem piłkarskim, ostatnio mówiło się też o przejęciu przez pana Korony Kielce. Jaki ma pan pomysł na siebie po zakończeniu kariery?

- Jestem agentem, ale moim celem w dłuższej perspektywie jest zarządzanie klubem od strony sportowej, wyszukiwanie zawodników, praca z nimi, dbanie o ich rozwój.

Zna pan doskonale blaski i cienie piłki nożnej. Zdobywał pan mistrzostwo Polski, grał w Lidze Mistrzów i reprezentacji Polski, ale też zmagał się z problemami finansowymi klubów i samotnością w obliczu kontuzji. Warto było?

- Tak. To jest piękna przygoda i piękne emocje, których nie kupi się za żadne pieniądze. Doświadczenie, które zdobyłem właśnie jako zawodnik, uczestnik Ligi Mistrzów i reprezentant kraju, chcę przekazywać moim zawodnikom. Podpowiadam im, co jest ważne, na co muszą zwracać uwagę. Dbam o ich zdrowie. Nie mają prawa ryzykować zdrowia dla żadnego spotkania w karierze, bo tych meczów przed nimi jest jeszcze wiele, a jak coś się stanie to nikt im nie pomoże i zostaną sami. Wszystko to mam w głowie. Dlatego interesuje mnie perspektywa pracy w klubie, bo jako agent mogę tę wiedzę wykorzystać tylko w jakichś 60 procentach, bo nie ode mnie zależy, czy klub weźmie danego zawodnika. Czasami wybór nie padnie na dobrego, a jakiegoś dużo słabszego zawodnika – do takich paradoksów dochodzi z różnych powodów.

Czy młodzi piłkarze pana słuchają? Pewnie w tak dynamicznym świecie nie jest łatwo przekonać młodego chłopaka, że zdrowie jest ważniejsze niż najbliższy mecz…

- Niektórzy tak. Inteligentni zawodnicy, którzy zaufają mi na 100 procent, po czasie dochodzą do wniosku, że wszystko co im mówię później się sprawdza. Trafiają się też jednak tacy, którzy wiedzą wszystko najlepiej i najlepiej uczą się na własnych błędach.

Śledzi pan losy Widzewa? Czy klub ten może szybko wrócić na należne mu miejsce, czyli do ekstraklasy?

- Tak, oczywiście. Całe środowisko piłkarskie czeka na powrót Widzewa. Najważniejsze w dzisiejszych czasach są jednak finanse. Jeśli są pieniądze to łatwiej budować drużynę. Musi się to oczywiście wiązać z odpowiednim, mądrym zarządzaniem. Trzeba w tym miejscu pamiętać, że za poprzedniego właściciela pieniądze niby były, ale nie było mowy o zarządzaniu. Jak wchodzi się coraz wyżej, to na piłce trzeba się znać. Dlatego liczę, że teraz szczebel po szczebelku Widzew będzie się odbudowywać, zwłaszcza że w perspektywie jest stadion, więc i pieniądze powinny się pojawić. Awans do ekstraklasy wydaje się być tylko kwestią czasu.

Czy uważa pan, że choć od tych ostatnich sukcesów mija prawie 20 lat, marka Widzewa wciąż może przyciągać?

- Jasne. W Łodzi kibice są spragnieni ekstraklasy. Powstaje piękny stadion, a takie obiekty sprawiają jednak, że fani chętnie przychodzą na mecze. To jest inny komfort oglądania. O frekwencję jestem spokojny. Markę ludzie znają i pamiętają, przemawia za nią kawał historii, o której nie da się zapomnieć. Zresztą marka Widzewa sama o sobie przypomina co roku, gdy kolejne polskie zespoły bez powodzenia walczą o Ligę Mistrzów.

Komuś uda się wreszcie ta sztuka, czy czekamy na Widzew?

- Wydaje mi się, że to kwestia zarządzania. W pewnym momencie brakuje tego ryzyka, które podjęli właściciele Widzew. Przypomnę, że wtedy robiono transfery z Legii, kupiono najlepszych piłkarzy w lidze. Klub zainwestował, zaryzykował i dzięki temu osiągnął sukces. Teraz drużyna, która w pewnym momencie zaryzykuje i ściągnie 2-3 klasowych graczy, będzie miała szansę awansować.

fot. Ryan/www.widzewtomy.net


Sponsor strategiczny Akademii Widzewa

Najnowsza Galeria

Trening 17.04.2019

Trening 17.04.2019

Tabela rozgrywek

1 Radomiak Radom 51
2 Widzew Łódź 49
3 Olimpia Grudziądz 47
4 Elana Toruń 47
5 GKS Bełchatów 45
6 Stal Stalowa Wola 41
7 Znicz Pruszków 40
Pełna tabela